Blog Roku 2009
RSS
wtorek, 09 lutego 2010

Ostatnio mamy większe stado (przyjechali rodzice MM i zostają do jutra, Pyza jest rozpuszczana).

Obieram marchewkę do obiadu. Jedna do rosołu. Druga dla MM. Trzecia dla Pyzy. Zaraz, zaraz, jest nas wiecej. Komuś jeszcze marchewkę?

Ludzie są chyba zwierzętami dużych stad. Zanim dziadkowie przyjechali opowiadałam Małej, że odwiedzą nas Babcia i Dziadziuś, ze zostaną u nas, że moze ona ich nie pamięta, ale oni ją bardzo kochają itp. Mała jakoś dziwnie nie chciała zasnąć w wieczór przyjazdu, a gdy dziadkowie przyjechali, popatrzyła, usteczka w podkówkę i klasyczny przypadek zaniepokojenia najazdem obcych. Z tym, że za kwadrans już siedziała na ich łóżku i pławiła się w uwielbieniu.

Mama MM: Na wnuki patrzy sie całkiem inaczej niż własne dzieci. Dzieci się wychowuje, zastanawia, co jest dla nich dobre, czasem trzeba postąpić wbrew sobie i czegoś zakazać, coś kazać zrobić, wobec dzieci rodzice mają oczekiwania. Wnuki się kocha i całkowicie akceptuje. W końcu możemy sobie pozwolić na luksus kochania małej istotki bez tych wszystkich rodzicielskich powinności.

Mój lap ugina się od zrzucanych z dziadkowego aparatu zdjęć i filmów. Wiecie: Pyza tuląca sie do dziadkowej brody, Pyza z łyżeczką obok Babcia cała w marchewce, Pyza polująca na kota w asyście MM, Pyza mówiąca "rrrr" przez pięć minut filmu... Ja w tle grająca na lapie...

Nasze powiększone stado bardzo Pyzie odpowiada, jest hołubiona strasznie. Doceniam to, że Mama MM nigdy nie wtrącała się do tego, jak dbamy o Pyzę, nie mówiła, że coś robimy nie tak i powinniśmy inaczej. Widzę, że całkowicie przerzuciła się na tryb "swobodnego kochania wnuczki" a nam zostawia zadanie jej wychowania. Tak samo podchodzi do naszego małżeństwa. Zastanawiam się, jak to jest, ze niektóre mamy tak potrafią, inne nie. Uwagi mojej mamy strasznie działają mi na nerwy. Mamy MM nie. 

08:40, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 lutego 2010

Mamy dużą, rozkładaną kanapę, na której zwykle śpią nasi goście. Od urodzenia Pyzy kanapa stała sie polem jej zabaw - twarda, w miarę równa, wyłożona kocem i zasłana zabawkami służy nam wszystkim do nieskrępowanego bydlenia się.

Wczoraj na kanapie MM sprawdzał możliwości swojego nowego Maca, co w Pyzie wzbudziło spore zainteresowanie - kamera zainstalowana nad ekranem lapa pozwalała na widzenie obrazu od razu. Mała widząc nas wszystkich przed sobą wyraźnie się ożywiła. Takie filmowanie i robienie zdjeć jest ciekawsze niż szczerzenie sie do kogoś trzymającego pudełko przed twarzą.

Mój Mężczyzna powiedział, że takie leniwe leżenie na kanapie, całą trójką, gdy mała czymś się bawi, a my leżymy i jej pomagamy lub tylko obserwujemy, przytulamy itp. kojarzy mu się ze stadem lwów leżących na sawannie :)

Pan Kot zauważył, ze tylko jego brakuje, zrezygnował z kaloryfera i też przyszedł się przytulić.

MM: No to mamy prawdziwe National Geografic.

08:30, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010

Żeby nie było, mamy zajebistą córkę i trochę szalejemy na jej punkcie (tak, nawet nasz Pan Kot podchodzi do niej się połasić). Jednak przez większość życia byliśmy troche olewusami i tak nam zostało: nie wyparzamy codziennie butelek, smoczek leży na podłodze, ciuszki po wysuszeniu na kaloryferze są wciagane na grzbiet Małej. Mała smaruje siebie i otoczenie papkami, ssie sznurki od rolet, wali w klawiature lapa jeśli akurat chce na kolanka gdy ja coś piszę.

Jakoś do tej pory nie zaszkodziło jej jedzenie, nigdy nie była odparzona a "wysypkę" ma wtedy, gdy brodaty tata ją wycałuje. Moja mama sądzi, że myję codziennie podłogę, tak jak moja siostra. Mam wrażenie, ze nasze dziecko dobrze sobie radzi z tego rodzaju byciem tuż obok centrum zainteresowania - że czasem rozmawiamy nie kierując uwagi na nią, siedzącą spokojnie obok, że pozwalamy, by rano sobie leżała i zajmowała się sobą, gdy my chcemy dospać.

Pamietam straszne chwile, gdy po całym dniu z noworodkiem, gdy MM przychodził zmęczony z pracy, wrzucałam mu ją w ramiona i wychodziłam kupić chleb, jajka, cokolwiek, żeby tylko oderwać sie od dziecka :) Chodziłam po sklepie, widząc mnóstwo rzeczy których nie mogłam jeść i kupowałam np. kosmetyki. Takie pół godziny jako tako mnie reaktywowało i wracałam na kąpanie i usypianie. Czasem w pracy ktoś mnie pyta, czy nie wolałabym siedzieć w domu z dzieckiem, odpowiadam, że obserwowanie Małej jak dorasta jest super, ale bywało, ze już dostawałam na głowę. Że wolę ten układ, chociaż ani moja praca, ani niania nie są takie, jakich bym sobie życzyła.

A wtedy koleżanka, która od x lat stara sie o dziecko mówi, że ona właśnie tego by sobie życzyła. Siedzieć w domu z maluchem.

Wiecie, czasem zastanawiałam się, czy gdybym musiała bardzo starać sie o dziecko, czy to zmieniłoby moje podejście do Małej. Mamy kilkoro znajomych, którzy przechodzą katorgi z in vitro, zastanawiają sie nad adopcją, czy koleżanki leżące plackiem przez całą ciążę. Przy takich historiach, w których łatwo o rozpacz i nieszczęście, moje narzekania na płacze, kolki (które kończyły się o 20.00) i to, ze czuję sie w domu z dzieckiem jak chomik w kołowrotku, wszystko to wydaje się być niedojrzałym jojczeniem. Że gdybym miała przeżyć choć część tego, co jest fundowane niektórym moim koleżankom w gabinetach na badaniach i w szpitalach, to oszalałabym na punkcie naszego małego cudownego dziecka i nie marzyła o niczym innym jak tylko obserwować jego rozwój dzień po dniu i dziekować pomniejszym bóstwom za łaskę macierzyństwa.

Ale z drugiej strony, chyba nawet te wyczekane latami, wytęsknione, wyinvitrowane dzieci nie powinny być pępkiem świata. Czytaliście moze - lub oglądaliście- choć jedną część Harrego Pottera? Tam prawie na każdym kroku ktoś rozpoznawał głównego bohatera, "zwykli" czarodzieje podniecali sie tym, że go poznali i w ogóle ekstaza. Świat nie powinien sie kręcić wokół dziecka. Wokół rodziny - może, ale nie wokół jednego jej członka. Nawet takiego najbardziej wyczekanego i wytęsknionego.

Oczywiście, gdy karmię Małą w nocy i ona zasypia przy piersi z tymi swoimi małymi łapkami, długimi rzęsami na policzkach i kapryśnie nadętymi usteczkami, zamiast wrzucić ją do łóżka siedzę i patrzę na fąfla, tak cichego i spokojnego w środku nocy :) Ale to jest, jak to nazywam, haracz czułości, który rodzice mają prawo ściągać. Tak jak ukradzione całusy i łaskotanie w karczek, gdy sobie siedzi i jest czymś mega zajęta.

A dzis się dowiedziałam, że nasi znajomi, po kilku latach starań o dziecko odpuścili sobie i zapisali sie do prywatnej kliniki na wstępne badania. Na styczeń. Odpuścili liczenie, planowanie i tak dalej. No i z tego odpuszczenia wynikła ciąża, nie zdążyli do tej kliniki dotrzeć :) Może właśnie o to chodziło - gdy "zrobienie" dziecka nie było w centrum uwagi, gdy rodzice po prostu chcieli być ze sobą i kochać się dla własnej przyjemności, zdarzyło się dziecko :) Czego życzę i innym potrzebującym.

21:57, julkanabalkonie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Mała wieczory spedza na naszych rękach. Jest marudna, jak to wieczorem, ale straszna przylepa. Wtula się sposobem "na kurczaczka". Widzieliscie kiedyś małe kurczątka tulące się do siebie lub do kwoki? Dziubek w stronę ciepła, skrzydełka szeroko, pupa wypięta.

Mała przytula sie właśnie w taki sposób - wypinając pupę i wciskając nos w szyję. Często to przytulenie jest podstępem, żeby znienacka, z rechotem chwycić za włosy i zaślinić szyję rodzica.

MM tuląc rozchichotaną Pyzę: Rety, córo, nie jedz moich włosów!

Ja: Spoko, damy jej kociego żarcia na rozpuszczanie kłaczków :)

19:54, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 stycznia 2010

Moja Mama: Mam nadzieję, ze miała 10 punktów Apgar, bo moja sąsiadka urodziła córkę i ona miała pełne 10. A Mała? Jak tam z ząbkami? Ma już? Córka sąsiadki ma.

Mama Mojego Mężczyzny: Przyjeżdzamy w piatek, zostajemy do środy. Zastanówcie sie, co chcecie robić, gdy my zajmiemy się Małą.

Rety... Kino? Knajpa u Bazyla? Nasiadówa u znajomych???

Czuję sie jak dzieciak wpuszczony do zoo, nie wiem, które zwierzaki oglądać najpierw.

 

20:01, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010

To, że Mała skończyła pół roku spadło na nas trochę, no... niespodziewanie. To znaczy zdajemy sobie sprawę z upływu czasu, śledzimy opisy "co dziecko powinno umieć..." i wbrew pozorom, przejmujemy się trochę.

Ale takie rozpiski służą dla nas ostatnio jako wytyczne, co Pyza może zjeść. Mamine mleko jest przemycane tylko przez sen, Niania powiedziała, że lubi nowe rzeczy, lubi sama jeść, ciapkać, rozsmarowywać wszystko na sobie, krzesełku i Niani też :) Razem z MM z fascynacją patrzyliśmy, jak próbuje swojego pierwszego kiszonego ogórka, przeciamkała go w takim tempie, że nie zdążyliśmy obierać ze skórki następnego kawałka. Troszkę bałam się, że będzie ją bolał brzuszek, ale skąd tam!

W różnych częściach mieszkania walają sie kawałki jej jedzenia, nadżute, czasem ze śladami ząbków, zmasakrowane bułki (wiecie, stopniowe wprowadzanie glutenu), kawałki banana, jabłka o obrzydliwej konsystencji. Przed wyjściem z domu trzeba sprawdzać, czy coś nie przykleiło sie do ubrania. Dziś rano MM wkurzał sie przez gg, że ma całe spodnie w biszkoptach Małej.

Spodnie jak spodnie, wiecie, jak trudno jest zmyć biszkopty z jej policzków i czoła? Okruszki miała nawet w rzęsach, a siła ich przylegania do naszej córki równała się sile wiązania cementu.

Kupiliśmy jej krzesełko BabyOno u tego sprzedającego: http://www.allegro.pl/show_user_auctions.php?uid=462067, całkiem wygodne, sama je skręciłam w kwadrans za pomocą krzyżaka, więc jest to prosta sprawa. Krzesełko wygląda tak:

 

krzeselko22

(pomarańczowe) Mała się jeszcze trochę w nie zapada, ale juz niedługo...

Ma większosć rzeczy  na których mi zależało: opuszczane oparcie, kółka z przodu (szczerze mówiąc nie widzę różnicy, ale doswiadczone mamy doradzały), dużą tackę z nakładką, tapicerkę łatwą do czyszczenia. Wyglada stabilnie i mam coraz więcej zaufania do niego (odwracam się by np. wyciagnąć coś z lodówki lub umyć naczynia).

Wkurwiają mnie szeleczki, których zapięcie wymaga siły i dokładności by je rozpiąć, w zasadzie trudne do wykonania przy wierzgajacym dziecku. Pyza na razie cierpliwie znosi moje zabiegi wokół szelek, ale bywa, że jej nie zapinam. Wiem, że to niebezpieczne, zazwyczaj robię to, gdy siedzę non stop naprzeciwko niej.

Zapatrzyłam sie co prawda w krzesełko z linii Zen, ale prawie siedem stów za coś, co głównie ładnie wygląda, a straci ten wygląd pod złożami resztek jedzenia Małej, to trochę za dużo.

 

13:49, julkanabalkonie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 stycznia 2010

Ja: Naczytałam sie różnych artykułów...

Mój Mężczyzna: ?

Ja: No i wyczytałam, że dziecko przeżywa, gdy mama idzie do pracy, ze częściej budzi sie w nocy, ze płacze. Że ograniczenie karmienia piersią odbiera jako zdradę. Że wszystko to mnóstwo stresu dla malucha.

Patrzymy na Pyzę. Pyza siedząc na kolanach MM nie wygląda na przeżywającą cokolwiek oprócz szalonego zainteresowania kotem przechodzącym obok. Tak w ogóle Pyza umie już spędzać trochę czasu sama, z tym, że oczekuje przybycia na ewentualne wezwanie. Wiecie, nasłuchałam się, ze nie wolno biec na każde wezwanie dziecka, ale zazwyczaj biegałam. Nie mogłam znieść tego, że płacze. Gdy ja płaczę chcę, zeby MM mnie przytulił lub cos podobnego. Zakładałam, ze wezwania pyzowe mają zawsze jakaś podstawę: ból brzuszka, tęsknotę, strach, głód. Każdy powód był ważny. Moze dzieci zostawiane same sobie, żeby się wypłakały, umieją sie uspokoić, ale z drugiej strony mają dla mnie coś z weteranów, które dorastały z myślą, że mogą liczyć tylko na siebie i ile by nie płakały to nic nie da.

Wolę, zeby moja córeczka wiedziała, że jakby co, to ją przytulimy. Może to nie pomoże przy kolkach, ale nie pozwolimy jej cierpieć w samotności. Poza tym: zawsze warto wypowiedzieć swoje zdanie, zawołać, zapłakać. Ciche siedzenie w kącie "bo i tak nic nie uzyskam", to bardzo zła postawa.

Teraz Pyza odkrywa nowy świat i nie potrzebuje mojej ciągłej obecności. Wieczorem po nakarmieniu, ucałowaniu i otuleniu kołderką zostawiamy ją, zeby zasnęła. Czasem to nie jest takie łatwe: słyszymy, że zaczepia szczebelki, gada do siebie, szeleści kołderką. W końcu zaśnie, sama :) Jeśli nie jest super mokra czy głodna rano bawi sie grzechotką, nie potrzebuje nieustannej obecności nas w zasiegu wzroku. Mam wrażenie, że to właśnie dlatego, że wie. Jakby co, wystarczy jeden jej krzyk - taki zachęcający, niemowlęce "hej, już się obudziłam" i któreś z nas przyjdzie. Skoro jest tego pewna - tej nieustannej obecności w zasiegu głosu - nie wymaga, żebyśmy byli przy niej non stop.

Ja: Nie wygląda na nieszczęśliwą czy jakoś strasznie stęsknioną.

MM: (ma minę: rety, kobiece wymysły...)

Kot: Przecież ma mnie. Ja do pracy nie chodzę :)

14:07, julkanabalkonie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010

Całkiem niedawno, gdy przywieźliśmy Małą ze szpitala sprawa wyglądała tak:

 

 

Teraz, gdy Pyza urosła i powoli staje sie mobilna, sytuacja nieco się zmieniła...

 

kot i mala 2

 

20:38, julkanabalkonie
Link Komentarze (1) »

Pamiętam jak kilka lat temu staliśmy w Castoramie nad wanną: narożną, obłą, wyraźnie dwuosobową. Kusił nas kolor, który można było domówić, choć cena była mocno odstraszająca. Poza tym czas dostarczenia jej od producenta (bo kolor jaśminowy nie był dostępny ot tak sobie), sugerował, że może będziemy musieli kąpać sie u znajomych.

Długo się zastanawialiśmy, wyliczaliśmy za i przeciw, aż w końcu stwierdziliśmy: co tam prysznic i ryzyko, zamawiamy wannę, która nam się podoba, najwyzej jeszcze troche pomieszkamy na kartonach.

Wanna dobrze nam służy, co jest argumentem, żeby kupować raz, dobrze i w słusznym rozmioarze. W czasie parapetówy odbyła się w niej sesja zdjęciowa, kot chowa sie w niej w razie ataku demonów (czytaj: to są jego z góry upatrzone pozycje), wygrzewałam sobie brzuszek z Małą w czasie ubiegłorocznej zimy, przeczytałam w niej sporo ksiażek (tak, czytam w kąpieli i co z tego?).

Bywało też, że kąpaliśmy w niej Małą, ale dopiero wczoraj okazało się, że nasza pociecha również wybrałaby większą wannę. Bez problemu zmieściłyśmy sie w niej obie a cała okolica, łącznie z MM, została ochlapana wodą. Mała pokazała nam co potrafi - fikała nóżkami tak, jakby od lat robiła "motorówkę", nie przejmowała się pianą w buzi ani wodą w uszkach. Jej dziecięca wanienka, choć troskliwie wybrana, profilowana i tak dalej, jest już chuba dla niej za mała, gdy dziecko się rozbryka trzęsie sie cały stelaż, poza tym zawiera znacznie mniej wody, która, siłą rzeczy, szybciej stygnie.

Nasze różowiutkie, rozgrzane wodą dziecko fikało, zjadało zieloną żabę i wcale nie chciało wychodzić z wanny. Wiem, że są puryści, którzy nie zalecają kąpania dzieci w tej samej wannie co dorośli do ok. 2-3 roku. Ale to nie my :) Mała doświadczyła także "dorosłego" płynu Nivea, wcześniej przetestowanego w dramatycznych sytuacjach pt:"jak to, nie ma już płynu? A tu sklep zamknięty a Pyza wprost się lepi od kaszki..."

Duże wanny są fajne. Dziś pewnie będzie protest Pyzy "dlaczego tu jest tak mało wody?"

A gdy Pyza będzie miała 16 lat i przyprowadzi absztyfikanta wyciagniemy z czeluści twardego dysku zdjęcia Małej z wizyty u dziadków: choinka w tle, stół, na stole, uwaga, uwaga, czerwona, plastikowa miska do szatkowania kapuchy, która stanowiła własność ś.p. babci Wali i w niej nasza Mała. Dziadkowie mają w domu prysznic. A wanienka była w sam raz :) Przecież najważniejsze jest, żeby w miarę bezproblemowo i przyjemnie doprowadzić Pyzę do stanu czystości, no nie? A to z dnia na dzień wydaje się być coraz trudniejsze, mam wrażenie, że z wiekiem wzrasta jej ogólna lepkość i podatność na plamy.

14:34, julkanabalkonie
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 stycznia 2010
Święta juz co prawda minęły, ale wczoraj był Dzień Babci (jakoś szumniej obchodzony niż Dzień Dziadka co pewnie jest dowodem na to, że to kobiety są bardziej przywiązane do okazji). Jedna z moich babć była za życia źródłem prezentowo-wspomagajacym. Wiecie, spełniała dzieciece marzenia, dofinansowywała spłukanych rodziców, fundowała prezenty duże i małe dla rzeszy wnucząt, kuzyniąt i znajomych królika.
Dzięki niej znałam smak Milki i miałam Levisy w podstawówce (nie były modne, dekatyzy miały większe wzięcie).
Bo czasem prezenty mojej babci były na wyrost, nie doceniane, bo obdarowany dzieciak nie zawsze wiedział, że coś jest lepsze jakościowo czy bardziej ekologiczne. Gdy wszystkie moje koleżanki śmigały w dekatyzowanych butach, moje skórzane botki nie były modne, słodycze bez cukru (ten biały zabójca nie powinien sie pojawiać za często w diecie dziecka) też nie miały wzięcia. Na szczęście i na babcię działała magia świąt i wnuczęta dostawały cały czekoladowy "chłam" ku radości całej dzieciarni z podwórka.

Gdy byłam w wieku licealnym spędzałam z babcią kilka tygodni wakacji. Trudno było nadrobić rok niewidzenia się, zwłaszcza, że pojawiały się tarcia: ona lubiła postawić na swoim, jak to osoba mieszkająca sama, ja - jak każdy nastolatek chciałam być nieomylna i samodecydujaca. Każda wizyta zaczynała się od sprawdzania granic tolerancji, by po tygodniu dojść do porozumienia i pokojowej koegzystencji. Może to, że stawałam przy swoim i spierałam się z nią mimo "ryzyka" utraty łaski mentorki rodu, przekonywało ją do mnie. Czasem jeszcze w trakcie zakupów babcia ciagnęła mnie w stronę sklepów Laury Ashley, ja przekonywałam ją do New Yorkera. Dzień, który zaczynał się od przymierzenia dżinsów ze zwężanymi w kostkach dżinsami i sarenką wyhaftowana na nogawce konczył sie zapakowaniem do torby rurek odpowiednich dla "zwariowanej nastolatki", którą chciałam być.
 
Kiedyś powiedziała mi, że praktycznie zawsze dając pieniądze wnukom  czy dzieciom, ma nieprzepartą ochotę zadecydowania, na co one mają być przeznaczone. W końcu to są jej pieniądze, ponadto zazwyczaj służą do "dopieszczania" a nie ratowania z głodu. Z drugiej strony takie wymuszanie przeznaczenia zabija ideę prezentu. Jest pewnego rodzaju uszczęśliwianiem na siłę. Gdyby kupiła mi te nieszczęsne dżinsy z sarenką, to tak, jakby nie kupiła mi prezentu w ogóle. Dziś, gdy o tym myślę, mam świadomość, że było jej z tym trochę ciężko. Wiecie, kobieta o dużej świadomosci decyzyjnej "zmuszała się" by pozostawić swobodę wyboru, podczas gdy byłaby usprawiedliwiona tej swobody nie dając.
 
Sprawę z dżinsami przypomniałam sobie wiele lat później, gdy nasze pokolenie weszło w etap zwiazków, zakupu mieszkań, samochodów itp. Mieszkanie razem w akademiku czy mieszkaniu studenckim jakoś uchodziło. Jednak prędzej czy później rodzina sugerowała legalizację związku, zakup mieszkania itp. ustatkowania się "jakbógprzykazał" bo "coludziepowiedzą". Sugestia była wsparta łapówką: damy wam kasę na ślub, ale konieczna jest biała suknia, ślub w naszym kościele, no zresztą, kojarzycie. Nie wiem, na ile powszechne to zjawisko, ale z plotek w kuchni firmowej wnoszę, że dość częste. Moja babcia juz nie żyje od wielu lat a mama, która chętnie wymogłaby białą suknię i mszę, nie miała kasy na łapówkę, więc my ślub braliśmy w glanach.
 
Pokusa jest duża, nie wiem, czy nie ustąpiłabym mówiąc: 40 koła jest warte mszy. A mieszkanie? Koniec z wynajmem, pożyczkami na 110% wartosci mieszkania, płaszczeniem sie w banku i walczeniem o umowę ciągłą. Problem pojawia sie wtedy, gdy para żyjąca sobie swobodnie na kocia łapę i testująca swe wspólne życie dostanie taka łapówkę za wcześnie. Nie wiem, kiedy jest odpowiednia pora, ale chyba nie wtedy, gdy kasa ofiarowana na imprezę i wkład kredytowy jest jedynym powodem inwestycji w legalizację związku i wspólne mieszkanie. Wiecie, nawet w tych mniej ważnych zwiazkach jest okres, gdy ta druga osoba staje się najważniejsza na świecie. Gdyby oferta wbiła sie w ten właśnie czas fascynacji, oboje moglibny powiedzieć, że "tak! Ten i nikt inny", nawet jeśli po kilku miesiacach byłoby widać, że związek sie rozpada w sposób naturalny, to tragedia murowana. Niewiele związków ma za zadanie trwać dłużej niż kilka miesięcy, ale wydaje mi sie, że nie dajemy sobie szans na pomyłkę czy właśnie bycie w czymś krótkotrwałym. Jest zbyt duża presja, że skoro teraz chcemy być razem, to juz na zawsze. Dla starszego pokolenia: skoro chcą mieszkać razem, to po co czekać ze slubem :)
 
Gdy mieszkamy na kocią łapę w kawalerce, to gdy coś pójdzie nie tak możemy sie rozstać bez poważniejszych ran. Jakoś nie przemawia do mnie to, że po ślubie ludzie bardziej się starają, więcej wybaczają itp. Może odwrotnie: skoro ktoś zdradził mimo przysięgi to dopiero poważna zdrada. Czy jeśli wybaczają sobie zdradę, to oznacza mniej cierpienia? A świadomość, że ktoś by odszedł, ale podział mieszkania i papierkologia rozwodowa są zbyt skomplikowane, więc zostaje?
 
Kurde, w wielu przypadkach byłoby lepiej gdyby obdarowane dzieci pojechały na wakacje do Indii zamiast decydować się na przymusowy w takiej sytuacji związek.
12:25, julkanabalkonie
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15