Poczytuję:

4 godziny na dobę
dmuchawce latawce
eskapista
Miszelkowy schowek
Jesienne urodziny
Kartonki
Boli Blog
świętojanki
ZUCH próbuje rysować


Kontakt
mój e-mail

RSS
piątek, 03 czerwca 2016

Nie "się", bo to by było zbyt trywialne. On, jak to trafnie określił Pratchett sie nie gubi, on zawsze wie, gdzie jest, to wszystko wokół się gubi nie wiadomo gdzie i nagle pojawia sie nie taka okolica jak powinna.

Poza tym gubi ważne świstki. Niejednokrotnie widziałam zgrozę w oczach pani urzędniczki, która wydawała ważny dokument a Mój Mężczyzna automatycznie oddawał go mi ze słowami: "weź to, bo zaraz zgubię". W ten sposób dostałam nawet mandat, przed chwilą wręczony, na oczach policjanta.

Gubi też moje listy zakupów. Ostatnio nie wysyłam ich na fb czy smsem, bo często mam przyklejonego młodego a telefon rozładowany po prostu gdzieś leży.

Zatem listy zakupowe robię za pomocą nieśmiertelnych ludzi  z dolówki*. Czyli kartka wisi i się uzupełnia, gdy biegnę na przykład z łazienki do pralni i mam czas by naskrobać informację o braku końcówek do szczoteczek.

Gdy wstaję w nocy, by się napić wody z dystrybutora lodówkowego dorzucam brak witamin czy tabletek do zmywarki.

Rano, gdy podlewam kwiatki przypominają mi się ogryzione ołówki w pyzowym piórniku.

Lista zapełnia się nie wiadomo jak i kiedy.

Mówię Wam, ludzie z dolówki.

A on te listy gubi. I dzwoni do mnie ze sklepu i dopytuje.

No, niech tylko ludzie z dolówki się dowiedzą, ze ich praca idzie na marne. Kiedyś im żyłka w tyłku pęknie.

---

* Worek kości, jeden z moich ulubionych motywów

18:23, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 maja 2016

MM chrapaniem zagłusza nocne karmienie, w sumie to jedno, bo młodemu szybko uaktywniły się geny rodzinne i budzi się o czwartej. Pewnie dlatego, że ptaki za oknem strasznie drą japy.

Ja prawie opanowałam umiejętność odskakiwania od przewijaka, gdy młody włącza fontannę. Nie opanowałam jeszcze dobrze odruchu przykrywania go na wszelki wypadek (przede wszystkim chodzi właśnie o wypadek z fontanną).

Kot nauczył się wkurwiać Pyzę (tego inaczej nazwać się nie da). Odkąd sie urodziła omijał ją szerokim łukiem. Ich siedmioletni związek przeszedł wszelkie etapy od uwielbienia (z jej strony) i obojętności (z jego strony) po jej złośliwości i jego pozę "czym ja zawiniłem". Teraz kot siada przy młodym i pozwala się podziwiać, nie reaguje na szaleńcze machania małych łapek i niestraszny mu płacz malucha. Pyza dawno wyleczyła złamane serce i teraz chce psa.

Młody od wielu dni testował trafianie rączką do buzi. Raz nawet przewrócił się na boczek, bo całe ciało pomagało w trafianiu rączką do ust. Niedawno opanował tę trudną sztukę i dziś ją zademonstrował wkładając paluszki do buzi tak głęboko, że się porzygał.

Pyza nauczyła się praktycznego zastosowania pewnej pozy: brwi do góry, mina pełna politowania i z niedowierzaniem kręci głową:

- Faceci...

17:56, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 maja 2016

Słyszę, jak MM rozmawia z młodym

MM: Kto jest ślicznym chłopcem?

... *

MM: Nie ty, synu. Ale jak urośniesz to pewnie będziesz trochę ładniejszy.

 

---

*jedyne, czego można się spodziewać, to guuuu. eee lub geee, ale fakt, mała gadułka z niego

21:46, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 maja 2016

Gdy w środę szłam odebrać Pyzę ze szkoły zaczynało padać, zabrałam więc kalosze dla córeczki, żeby w drodze powrotnej mogła sobie poskakać po kałużach. Jeszcze na korytarzu szkolnym zakłada je, wśród okrzyków radości, pobłażliwie obserwowana przez starego szkolnego woźnego (fajny gość, za każdym razem gdy go widzę pomaga w czymś dzieciakom: przy otwieraniu drzwi, przy zablokowanym automacie na kanapki, zupełnie nie przypomina postrachu dzieci z mojej podstawówki )

Droga ze szkoły jest długa, najpierw idziemy brzegiem ulicy z rozrytym chodnikiem, który jest robiony "pasjami" - raz go robią, innym razem przenoszą się na drugi koniec ulicy, potem wracają. Pyza z radością odkrywa, że tonie po kostki w błocie, które zrobiło się z wysypanej przez robotników ziemi. Potem wewnętrzną uliczką manewrując wózkiem między źle zaparkowanymi samochodami. Dziś Pyza nie ma zamiaru prowadzić wózka, jest zajęta obskakiwaniem wszystkich kałuż.

- Pada deszcz, wiesz? - Pyza usiłuje złapać drobne krople na wysunięty języczek

- Wiem - odpowiadam - zapadał mi okulary

Mijamy zadbane, kilkunastoletnie ogrody i ładnie zagospodarowane uliczki. Jest tu fryzjer, warzywniak, kłamiący że to "własne uprawy" (odkryłam to podsłuchując pewnego razu rozmowę właścicieli), była nawet kawiarnia, ale ją zamknęli. Pub, w którym chyba głównie ogląda się mecze przy małym piwku, bez śpiewów i okrzyków.

Mijamy ruchliwe (jak na tę część miasta) skrzyżowanie i przechodzimy do nowszej części dzielnicy, z pustymi miejscami na domy  i uliczkami pełnymi nadziei na wyasfaltowanie. Tu często śmigaja samochody firm projektujących ogrody.

Pyzę zaczynają boleć nogi, zazwyczaj tę trasę pokonuje  rowerem, dziś, tak skacząc po wszystkich kałużach i obiegając uliczki dodała sobie co najmniej kilometr drogi. Ja, zawinięta w wielki brązowy sweter z kapturem, który pamięta jeszcze ciążę z Pyzą (i dla najciekawszych: jest zaprezentowany na starym blogowym zdjęciu powyżej) dzielnie pcham czarny wózek w białe kropki.

Braciszek pyzowy śpi niewzruszenie, jego nie zniechęci żaden deszcz, wiatr czy grad. Śpi z nosem w kołderce. Długie jasne rzęsy opierają się o różowe policzki.

Pyza przystaje, by ratować dżdżownice tonące w kałużach. Niestety, po całym dniu intensywnych opadów w wodzie pływają nędzne, różowe flaczki. Pyza wyławia je mimo to. Na ścieżce rowerowej znajduje kolejną, przejechaną na pół.  Wyrzuca na trawę jej ruszające się jeszcze części. Ze smutkiem zauważa rozjechane winniczki. Liczy po kolei ślimaki na drodze i poboczu.

Przez chwilę obserwujemy ślimaka, który w pełnym pędzie przemierza ścieżkę rowerową i niepomny na szczątki pobratymców kieruje się w stronę ulicy.

- Uratuję go - mówi Pyza i nasza wędrówka spowalnia jeszcze bardziej, ponieważ trzeba ratować wszystkie ślimaki i sprawdzać żywotność wszystkich dżdżownic.

Przez chwilę rozmawiamy o tym, czy dżdżownice to glisty i dlaczego tatuś tak na nie mówi.

- Bo jest historykiem - znajduję wyjaśnienie.

- Już wiem, dlaczego ślimaki mają skorupę - oznajmia Pyza po wnikliwej analizie kolejnego ślimaczego truchełka

- Żeby schować wrażliwe narządy?

- Nie, bo są w środku okropnie BRZYDKIE!

W trawie na poboczu jest mnóstwo ślimaków, winniczków, zwykłych, moze ogrodowych, nagich, istna ślimacza orgia. Córeczka pyta, jak się rozmnażają ślimaki i gdzie skłądają jajka.

- A co by było, gdyby ludzie byli obojnakami? Jak ślimaki? - przez chwilę jest zelektryzowana tą możliwością i luźno omawiamy alternatywną wizję rzeczywistości.

Po chwili kończy się ścieżka rowerowa i przechodzimy na drugą stronę ulicy, zjeżdżamy na wyboistą i bardzo błotnistą drogę; wózek podskakuje na wertepach, ale jestem spokojna o jego wytrzymałość. Ten model ma przede wszystkim duże kółka. Młody śpi mimo wstrząsów.

W kałużach pływa jeszcze więcej dżdżownic, znajdujemy też utopionego ślimaka

- To pięćdziesiąty piąty - oznajmia Pyza - i chyba ostatni

Stoimy przed naszym domem, na trawniku ucztuje horda kosów. Razem z Pyzą obserwujemy przez dłuższą chwilę, jak ptaki po kolei rzucają się z siatki między tulipany i kępy trawy (zagospodarowanie naszego trawnika wciąż ma etap in progress) by tryumfalnie odfrunąć z dżdżownicą w dziobie.

- Miałam taki cieżki dzień - oznajmia Pyza z westchnieniem, nie odrywając wzroku od szalejących ptaków.

Przez chwilę mam zamiar dodać z ramach "jamamgorzej" coś o wstawaniu w nocy, marudzeniu małego meteopaty czy braku kawy, ale po chwili rzucam tylko:

- Ty miałaś ciężki dzień? No to pomyśl o dżdżownicach!

10:45, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 kwietnia 2016

Minął miesiąc.

Mamy za sobą wizyty praktycznie całej rodziny bliższej i dalszej, co nasz mały synek przyjął z wybitnym spokojem. Co innego ja, ale ja mogę sobie wyjść, bo ja mam słabsza kondycję nerwową i zmieniam temat lub opuszczam towarzystwo przy tematach dla mnie niewygodnych.

A teraz garść moich ulubionych hitów:

- co jesz? (spoko, nie odpowiedziałam, a co niedźwiedź)

- masz wystarczająco dużo mleka?

- bolało przy porodzie? (a chcesz posłuchać ze SZCZEGÓŁAMI?)

- ależ on się skarży, coś źle dziecku? Na co on tak się skarży? (na niskie zbiory orzeszków w Gibbonie)

Ale muszę przyznać, ze nic nie pobiło pytania, jakie otrzymałam po urodzeniu Pyzy, czyli (tarrram!):

- badałaś sobie mleko, czy jest dla niej odpowiednie?

...

Nie mówcie tego na wizytach "oględzinowych", chyba, że chcecie, zeby mama położyła na waszej kurtce niemowlaka bez pieluszki. 

 

15:13, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Miesiac temu, dokładnie w Wielki Czwartek miałam straszną ochotę na Maka. Dokładnie na wrapa na ostro. Już nawet wybrałam sobie zestaw w aplikacji. Spoko, powiedziała moja siostra (chuda jak drut), w poprzedniej ciąży lądowałam w Maku codziennie.

- Nie ja - odpowiedziałam - mnie największy głód w środku nocy w czasie żadnej z ciąż nie wyrwał z łóżka.

Ale kiedy jak nie teraz, powiedziałam sobie, później może nie być czasu, bo termin porodu jakoś tak minął w pierwszy dzień wiosny, ale rzecz jasna byłam zajęta czymś innym - konsultacjami w szkole Pyzy, zakupami, nastawianiem żurku, basenem. Porodówka odpadała.

Zatem, w Wielki Czwartek postanowiłam odwiedzić McD. Ale moze po obiedzie. Wróciła Pyza ze szkoły, więc dałam jej jeść. Wieczorem jadę na ktg, więc po wizycie na pewno, obiecałam sobie otulając się kocem, bo sen mnie morzył w to deszczowe popołudnie.

Na wizycie lekarz stwierdził, że skoro słabiej czuje ruchy małego, to muszę to skontrolować w szpitalu, tak na wszelki wypadek.

Leń, pomyślałam o synku. I obibok, pewnie śpi, jak ja przez całe popołudnie. 

- No, ale po szpitalu szykuj się na Maka - powiedziałam do MM, bo postanowiłam zabrać go ze sobą na to badanie w szpitalu, tak na wszelki wypadek.Przed porodem Pyzy też miałam takie kontrole.

- Lutycka czy Polna - zapytał MM, bo wciąż nie podjęłam decyzji gdzie ostatecznie chcę rodzić.

- Na Lutycką bliżej - zdecydowałam, bo po przeprowadzce szpital mamy po drugiej stronie torów.

- A już rodzisz? - dopytał, gdy wiózł mnie z Pyzą to zwijałam sie na siedzeniu.

- A skąd - odparłam - w sumie nic nie czuję, żadnych skurczów, wierz mi, tego się nie da przegapić. A młody chyba zaczął się ruszać.

Na lutyckiej zapakowali mnie na oddział położniczy (bo skurcze chyba jednak są), polecili przespać noc a nazajutrz będziemy liczyć ruchy.

- Serio? - zapytałam, bo nagle zaczęłam wyczuwać inny plan spędzenia nocy - myślę, że teraz to kwestia kilku godzin.

To chyba nie była najspokojniejsza noc na porodówce. Rodził się wnuk jednej z położnych i wszyscy sobie gratulowali na korytarzu, o dwunastej lekarz, który mnie przyjmował biegał w stroju "operacyjnym", ja zaczęłam chodzić po korytarzu, bo słowa pielęgniarek nie korespondowały jakoś ze stanem mojego brzucha, a leżeć w łóżku w żadnym przypadku nie chciałam i nie mogłam. Jak się okazało, w tym szpitalu, niezależnie od wyznawanych wszem i wobec wartości "pod ktg się leży i koniec"

Wszystko przebiegało raczej standardowo, o czwartej zadzwoniłam po MM (wcześniej wysłałam go do chaty, zeby się przespał), ale pod koniec porodu okazało się, że tętno dziecka zanika, wpadł inny lekarz z krzykiem, zeby się nie pierdolić, tylko ciąć,  MM wyrzucili z sali a ja dostałam papierek do podpisania, że się zgadzam na cesarkę.

I tarram, o piątej wieźli mnie wrzeszczącą na salę operacyjną, z nakazem żeby nie przeć tylko spokojnie oddychać.

A pan w wielkim zielonym stroju trzymał mnie za głowę i powiedział bardzo dobitnie:

- Na sali operacyjnej mówimy sobie po imieniu, więc Julko, powiedz mi szczerze, o której godzinie ostatni raz jadłaś?

A wtedy ja, z czystym sumieniem i myśląc o wrapie odpowiedziałam:

- Przed piętnastą.

I to wszystko co w sumie pamiętam przez zgaszeniem światła.

 

09:19, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 kwietnia 2016

Z przyjaciółką na spacerze.Obgadujemy nasze córki.

- Na pyrkon załozyła moją sukienkę z tiulem (z rozmiarówki mocno studenckiej) i kurtkę z ćwiekami

- I to uwielbienie dla pierścionków...

- W sumie mają sporo gotyckich ciuchów na dobry początek

- A potem pokażemy im Petera Steele,a

- Ale on nie żyje

- Do zmarłych tez można powzdychać

...

No, w sumie...

21:50, julkanabalkonie
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 stycznia 2016

Chyba wszystkie dzieci mają zdolność do zabijania pytaniami  trudnymi, w dodatku bezbłędnie wybierając czas i miejsce, które nam wydają się zupełnie nieodpowiednie.

Poczynając od niewinnego "czy twój szef jest w ciąży, że ma taki duży brzuszek?" przez całą plejadę innych, intymnych, niewygodnych politycznie i towarzysko. Staramy się dawać odpowiedzi od razu, bo skoro zadała pytanie teraz, to potrzebuje odpowiedzi. A jak każde dziecko pyta i żąda odpowiedzi.

Czy wszyscy umrzemy.

Co to jest miesiączka.

Skoro ten pan nosi pistolet to znaczy, że on zabija ludzi.

Czy to kiedyś była świnka.

Dlaczego ona nie chce się ze mną zaprzyjaźnić.

Dlaczego dotykanie się jest przyjemne.

Czemu niektórzy całują się w usta ale nie wszystkich można tak całować.

Czy dwie ciocie mogą mieć dziecko.

Którędy dziecko wychodzi z brzuszka mamy.

Dlaczego nago chodzimy tylko w domu lub na basenie.

Skoro to są moje intymne miejsca, dlaczego mam je pokazywać jakiemuś obcemu panu (to u lekarza).

...

Lista jest długa i każdy rodzic może zaprezentować swoją. W pracy pytam o doświadczenia koleżanek mające starsze dzieci. Opowieści o "ciężkim miesiącu nastolatka, który przechodzi kolejny etap wszyscy-umrzemy" nie podnoszą na duchu, ale w pewien sposób hartują.

Ale są też pytania, które powodują, że obrywam jak pociskiem.

Dlaczego ludzie się zabijają.

Dlaczego ludzie zabijają dzieci.

Dlaczego inni na to pozwalają.

Do dziś pamiętam rozmowę z moja kumpelą, której właśnie urodził się maluch. Patrząc na śpiącego spokojnie synka powiedziała:

- Kiedyś będę musiała mu odpowiedzieć na pytanie o obozach koncentracyjnych.

20:08, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 stycznia 2016

Z rozmów szkolnych...

Wychowawczyni: Pyza jest dość niezależna. Powiedziałabym, że jest typem buntowniczki. Nie można jej do niczego przekonać na siłę.

 

Tak, ciekawe, po kim to ma.

17:31, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 listopada 2015

... a raczej pozwól niech sobie płynie. 

Robię z Pyzą dziwne rzeczy, na stole walają się gwiazdki, kartki, sznurki. Czasem nic konkretnego z tego nie wynika. A czasem zaskakuje mnie pyzowa pułapka na ludzi i pająki.

W niedzielę zapowiedziałam, że robimy kalendarz obserwacji zimy. Córeczka chyba wpadła w popłoch

("mamusiu, ty za bardzo lubisz przyrodę, tak mi się wydaje")

bo powiedziała, że ma plan zrobienia własnej gry planszowej. Zrobiła sama "Kocią grę", narysowała a'la chińczykową planszę z zaskakującą numeracją, dodała rysunki kotów (przewrotnie trafienie na kota opóźnia przejście bo kota trzeba pogłaskać), latających dywanów i pożerającego olbrzyma. Wszyscy domownicy grają w Kocią grę od dwóch dni.

Pieczemy razem ciastka z płatków zbożowych i kłócimy się o ilość cukru w jedzeniu.

- Mamo, chcesz cukierka?

- Nie.

- Biedny ten mój braciszek, nie będzie miał pojęcia co to słodycze - Pyza jest pełna współczucia

Na początku mojego L4 denerwowałam się, logowałam na pocztę firmową i zagadywałam koleżanki z pracy. Teraz mi to minęło. Moze dlatego, że miałam etap denerwowania się o dziecko. Nie, nie czytałam wypowiedzi innych matek w sieci. Wystarczyły mi wyniki badań, które na początku nie były najlepsze.

- Jest zupełnie podręcznikowy - powiedział lekarz ostatnio i to jakoś wpłynęło na moje olewactwo wszystkiego innego.

Poziom olewactwa zaczął rosnąć w miarę kolejnych badań, wyników i opinii lekarza, że "ten ktoś, kto wypatrzył niedomykalność zastawki miał raczej zły dzień". 

Mały ma policzone wszystkie paluszki u rączek i nóżek. Widziałam jego kręgosłup kreg po kręgu i chyba za dużo przekrojów penisa. Mała czaszka. Rączka przy buzi. Nóżki do góry.

Wyniki z prawidłowym kariotypem zachowam sobie na zaś, razem z oświadczeniem od psychiatry, że Pyza "jest normalna" (dawna batalia z przedszkolanką). Kiedyś je wyciągnę, gdy dzieciaki będą już dorosłe. Otworzę wino, zawołam latorośle i powiem im, żeby się nie przejmowały tak bardzo jak ja. 

 

13:07, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53