Poczytuję:

4 godziny na dobę
dmuchawce latawce
eskapista
Miszelkowy schowek
Jesienne urodziny
Kartonki
Boli Blog
świętojanki
ZUCH próbuje rysować


Kontakt
mój e-mail

RSS
wtorek, 03 listopada 2015

Kot uważnie obserwuje wschodzące słońce, mruży oczy i  z uporem wypatruje rzeczy widzianej tylko jemu. Staję obok niego i z miną posiadacza ziemskiego oceniam stopień pokrycia szronem ogródka. 

Wśród białych od kryształków szronu traw pomarańczowieją resztki dyni, która spadła z poręczy balkonu podczas piątkowej imprezy, teraz jedno oko dynioweg potwora spogląda w niebo.

W ostatniej skrzynce obija się kilka papryczek chili, które będę musiała zebrać (o ile zdążę), kilka dni wcześniej zleciłam wniesienie skrzynek z paprykami czereśniowymi na taras na pierwszym piętrze (mam nadzieję, że dojrzeją te, które nie zdążyły przed nadejściem chłodniejszych dni).

Pod płotem pałęta się kilka liści brzóz. Sąsiedzi po drugiej stronie drogi zaraz  po wprowadzeniu się do swojej połówki bliźniaka wycięli sześć brzóz, poświęcajac je na ołtarzu lepszego dostępu do światła (to raczej iluzja, bo i tak dostępu do strony południowej broni dom kolejnego sąsiada). Za te trupy znienawidziliśmy ich od razu; oni na pewno nie będą zapraszani na nasze imprezy halloweenowe. Pewnie nawet by nie chcieli, biorąc pod uwagę zamiłowanie do porządku i zamiatanie każdego listeczka, który upada na wybrukowany podjazd.

Nasz dom, duży i lekko nieporządny, po upływie dwóch lat od zamieszkania jest raczej zmieniony przez nas niż my przez niego. Nie zamieniłam sie w ganiającą ze ścierką panią z przedmieść, a MM w pana z kosiarką. MM, który w większości zaplanował wyposażenie bierze to pod uwagę i np. zamiast otwartych półek mamy dużo szaf i wysuwanych regałów, w których można utknąć bandę planszówek i sprzętów. Kanapy z pojemnikami na pościel kryją dodatkowe koce, bo notorycznie ktoś zostaje u nas na weekend po piątkowym graniu.

Kot ma dużo skrytek, Pyza ma pokój, w którym tylko śpi, bo woli zawsze coś robić z nami. Ha, poczekajmy, może jako nastolatka będzie się w nim barykadować. W przyszłym roku czeka nas remont gabineto-biblioteki, którą planujemy przerobić na pokój dla następnego malucha.

- Co zrobić, żeby mój brat miał brązowe oczy, jak ja? - pyta Pyza 

- Może będzie miał - odpowiadam - będziecie mieli dużo wspólnych genów.

- Anie nie będzie identyczny? - nagłe zagrożenie dla jej indywidualnosci wzbudziło pewien niepokój

- Nieee, skąd, pamiętasz, tłumaczyłam ci, w jaki sposób dzieci dostają geny rodziców. Ale na pewno będziecie podobni.

- Może mieć niebieskie oczy?

- Mało prawdopodobne, ale tak.

- O nie, niebieskie oczy u tatusia jeszcze zniosę, ale tylko u niego.

No i masz.

 

Na razie maluch zapewnia mi spokojne poranki, w sam raz do wykorzystania podczas przepięknej jesieni. Razem z kotem patrzymy, jak brzozy rosnące w pobliskim lasku zrzucają liście aż na perfekcyjnie zamieciony bruk sąsiadów.

08:24, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 września 2015

Z wizytą u lekarza, który opiekował się mną w czasie ciąży z Pyzą. 

Lekarz: O, zmieniła pani nazwisko. Nowy dawca?

Ja: Nie, ten sam, zalegalizowaliśmy się.

Lekarz: Po co?

Ja: Zrobiliśmy fajną imprezę.

Lekarz: Ktoś się pobił?

Ja: Nie, ale mój ojczym wpadł do fosy. Było wiele radości, chociażby z tego powodu :)

Małe ma się dobrze, ma wszystkie rączki, nóżki, czaszkę i nosek. Uparcie nie chciało współpracować. 

Lekarz: A skłonność do oryginalnych butów jeszcze pani nie minęła...

No ludzie musza mnie z czymś kojarzyć, skoro zmieniłam (naprawdę charakterystyczne) nazwisko.

 

14:13, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 sierpnia 2015

Chociaż od dwóch lat mieszkam na Strzeszynie, który jest praktycznie rzecz biorąc wsią (zwłaszcza wg taksówkarzy i ceny za 3 strefę, nie mówiąc o tym, że jeśli chcę się napić piwa to jedyne dostępne i sensowne jest w mojej lodówce), to zakupy przetworowe wciąż robię na ryneczku na Chrobrego. Mam tam ulubionego pana ogrodnika, jego żona zawsze pogada ze mną o tym, co akurat dojrzewa, syn nosi zakupy do samochodu.

Mają najlepsze pomidory lima do suszenia a maliny i jeżyny kupuje wszystkie, jakie mają tego dnia. A nigdy nie mają ich dużo, bo to z miniplantacji po sąsiedzku.

Lubię smażyć powidła, robić soki i dziwne zestawy dżemowe. 

Ale ostatnio robiliśmy remont pomieszczenia, które docelowo stało się łazienką i wówczas została odkryta - niczym gniazdo myszy uwite na najniższej półce - moja składnica przetworów-potworów. Mój Mężczyzna rzucił na to okiem, niczym ksiegowy na wieloletni zbiór pitów niechlujnie ukrywanych zamiast rozliczania i powiedział:

- O madonno negocjowalnego afektu, której nie stać na przyzwoite odzienie* Co to jest?

-Spiżarka - odpowiedziałam zgodnie z prawdą - będzesz mi musiał zrobić na te słoiki wieeeele półek w garażu.

- To nie spiżarka, to przejaw działalności kwatermistrza wojsk ofensywnych. 

Zanim podjął temat mojego pradziadka, który służył w Africa Korps ustaliliśmy, że zmniejszę nieco zakres działań przygotowań do zombie-apokalipsy.

- No i czy nie wolisz pospać sobie zamiast sterczeć nad garami?

Podjechałam więc do moich zaopatrzeniowców.

- Wie pani co, muszę odwołać zamówienie na 10 kg pomidorów.

- A co się stało?

- No nie mogę tak szaleć. W ciaży jestem, wezmę tylko sześć. 

- A maliny?

- Oczywiście, wszystkie - odpowiedziałam.

 

No nie można tak od razu zrezygnować ze wszystkiego. 

____

* tak naprawdę to było krótkie słowo używanie w sytuacjach typu skrzynka upuszczona na duży palec u nogi..... Ale znaczenie jest takie samo.

12:18, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 maja 2015

Pyza: Mamo, a ilu ludzi żyje na ziemi?

Ja: eee... coś ok. 7 miliardów (nastawiam się na pytanie, co to jest miliard)

Pyza: A kto to policzył?

Ja: Nie mam pojęcia, chyba są programy oparte na statystykach. Raczej nikt nie chodzi i nie liczy wszystkich po kolei (to sprytny wybieg, bo Pyza uwielbia takie rozważania, że ktoś chodzi po całym świecie i liczy ludzi)

Pyza: Mamo, a ile jest ssaków?

No i masz.

Czy zdryfowanie w kierunku "Ziemia jest wielka i pojemna" jest lepsze niż "a lekcje odrobiłaś"? Powinnam o to zapytać własną mamę.

 

18:49, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 kwietnia 2015

Jesienią wzięłam szpadel, koszyk cebulek i marudzącą Pyzę. W losowo wybranych lokacjach ogródka posadziłyśmy cebulki tulipanów celowo zakupionych w najrozmaitszych kolorach. Pod burym niebem, smagane lodowatym wichrem godnym Wichrowych Wzgórz, walcząc z kępami trawy i kamieniami szczerbiącymi sprzęt ogrodniczy odprawiałyśmy rytuał ogrodniczy, choć z daleka na pewno wyglądało to jak koci pogrzeb. MM stał w oknie, patrząc zza szyby na nasze zmagania i mamrocząc coś o spycharce i wybrukowaniu jako jedynej opcji dla naszego ogrodu.

No, miał trochę, racji. Z jednej strony siatka i sypiące się przez cały rok liściopaprochy z brzóz, z drugiej rachityczne bzy, które w przyszłości (bardziej dalekiej niż bliskiej) mają stać się krzaczastą ścianą prześlicznych lilaków. Pośrodku obszar ziemi trochę pulchnej i obniżonej (pokrzywy) a troche kamienistej i pobudowlanej, którą tylko krety darzą sympatią.

Warto było znieść chłód październikowy, jęki "mi się nie chce" i własne ciążenie ku kominkowi i książce, ponieważ od miesiaca, czyli odkąd tulipany wypuściły kiełki z naszego zapuszczonego trawnika, mamy niezłą zabawę zgadując, co i w jakim kolorze wyrośnie. Moimi faworytami są pomarańczowe, pyzowe to fioletowe o koronkowych brzegach.

Pyza klęczy nad jedną z kępek i gada do siebie:

- Żółte, a tu brązowe, a tu czarne.

Ja: Hm... skarbie, ale one są fioletowe i czerwone...

Pyza (tonem pełnym wyższości): Mamo, ale ja nie mówię o płatkach, tylko o pyłku.

Biorąc pod uwagę jej zaangażowanie w prokreację tulipanów, nie będziemy potrzebować trzmieli i innych takich.

08:07, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 kwietnia 2015

Pyza chodzi do przedszkola w naszej firmie, ciepłe dni spędza na placyku, szaleje z bandą innych przedszkolaków (siedząc piętro wyżej słyszymy dzikie wrzaski przez całe popołudnie). Na placyku jest trawa, są chaszcze, rury do pełzania; odbieramy córę ubłoconą, że hej.

Kilka dni temu MM odebrał ją, z podwórka właśnie, rozczochraną i zaaferowaną i prowadzi do windy. Witają sie z kumplem, który również zjeżdża do garażu. Pyza uprzejmie pokazuje szczerby w ząbkach ale widać, że myśli o czymś innym. Cała aż promieniuje niecierpliwością i zadowoleniem z siebie.

- Wiesz, tatusiu - szepcze Pyza - mam dla ciebie niespodziankę

Pokazuje zaciśnięta piąstkę.

-Chcesz zobaczyć?

- No jasne!

Obaj mężczyźni pochylają sie nad dziewczynką, wyraźnie zaintrygowani Wielką Niespodzianką by po chwili odskoczyć z wielkim okrzykiem:

-B l e!

....

- I co, pytam słuchając opowieści MM.

- Robale - odpowiada

- Chrząszcze? - dopytuję - czy larwy?

- Czy to ważne? - MM wciaż jest pod wrażeniem niespodzianki - Żuki jakieś, ale pomyśl, niektóre z nich były z g n i e c i o n e!

Nie rozumiem tego przewrażliwienia, Pyza chyba też nie, bo była zachwycona wrażeniem, które wywołała.

 

10:20, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 kwietnia 2015

Wiedziałam, że trzeba było kupić chatę z oranżerią. Albo przynajmniej ogrodem zimowym. Tylko, że wiedziałam to jakoś wewnętrznie, przeglądając oferty i dodając komentarz: e, tam, ja nie mam ręki do kwiatków, moja mama zawsze to powtarzała, wynosząc trupy kaktusów z mojego pokoju. Pierwsze oznaki tego, jak bardzo mijam si z prawdą puściły kiełki rok temu, gdy nastawiłam trzy pestki awokado – chciałam pokazać córce, jak przebiega kiełkowanie roślin, a awokado ma pokaźne i niczym nie zasłonięte kiełki. Wszędzie pisali, że te roślinki u nas słabo rosną i zrzucą liście, na co cały czas czekam mając w chacie trzy chabazie na etapie niezbyt ekspansywnego ale stałego wzrostu.

Wczesną wiosną tego roku zachciało mi się siania papryki i pomidorów.  Chciałam mieć inne niż zwyczajowe żółte i czerwone koktajlowe sprzedawane przez mojego rolnika na ryneczku. Na miesiąc ugrzęzłam w aukcjach z pomidorami, groszkiem i lobeliami, no bo po co się ograniczać przy nasionkach za złoty pięćdziesiąt. Ograniczać to się można w maju kupując podrośnięte roślinki za 10 zeta sztuka.

- Nie za dużo tego? Mój facet rzucił okiem na papierowe saszetki z nasionami i wywnioskował, że z małego nasionka wyrasta duże zielsko (dla niego większość roślin to zielsko, z wyjątkiem alg do sushi)

- Większość nie wyrasta – odpowiedziałam wiedząc, że nie mam ręki do kwiatów.

Docieramy do końca tej historii: jest koniec kwietnia. W domu mam gąszcz pomidorów i pelargonii, nie wiem, co wyrosło i gdzie, bo papierki dawno się pogubiły. Parapety pozajmowane, na dworze jeszcze za zimno na pomidory. No i trzeba to podlewać.

Robię zdjęcia, żeby udowodnić mojej mamie, że jednak mam rękę do kwiatów.

- To nie kwiaty – komentuje moja mama – to tylko warzywa.



10:23, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 listopada 2014

Pyza: Mamusiu, dam ci coś fajnego na urodziny, coś najmilszego. Powiedz mi tylko, co dziewczyny potrzebują naj-bar-dziej?

Ja: No.... bardzo lubię twojego tatusia

Chwila konsternacji, widzę, ze Pyza się mocno zastanawia

Pyza: Wiesz co, mówi w końcu strasznie rzeczowym tonem, kupię ci książkę. Chcesz książkę?

Ja (słabym głosem): Może być e-book?

21:00, julkanabalkonie
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 listopada 2014

Jesteśmy mistrzami w wymaganiu :)

O tak, zawsze pamiętamy, co za zadanie Pyza miała do wykonania, jakie obowiązki, co do powiedzenia zrobienia itp. To wszystko wymagało jedynie treningu pamięci.

 

I nagle okazuje się, że musimy wymagać konsekwencji od siebie.

Przykład numer jeden: kto zniszczył, ten rekompensuje.

W przypływie szału w przedszkolu Pyza zniszczyła doniczkę. Oprócz przeprosin itp zobowiązana była odkupić. Karnie zaprowadziliśmy do galerii, włączyliśmy w proces wyborczy i zapłaciliśmy kasą pobraną ze świnki skarbonki (Pyza jeszcze nie za bardzo operuje finansami, ale ma świnię i tam odkłada wszelkie znalezione, zazwyczaj w praniu, drobniaki).

- Mamo - zapytała wieczorem - a dlaczego Ignacy i Tomek nie odkupili zniszczonej zabawki?

(bo panie nie były konsekwentne, mam ochotę powiedzieć)

Kilka dni później córeczka zrzuca - wiem, że przypadkiem - miskę w piotrze i pawle. Kurde, szepcze MM, ustawili tak, że nawet ja bym to zrzucił, poza tym, to była wystawka, nie płaćmy.

Zapłaciliśmy, choć oboje czuliśmy, że nikt od nas tego jakoś super nie wymagał. Ale Pyza patrzyła, strasznie się przejmowała od chwili wypadku i wiedziała, że to przez jej dzikie galopady po sklepie.

Przykład numer dwa: Pyza nie lubi sama sypiać/zasypiać. Zazwyczaj po bajce, kołysance i rytuałach otulankowych wychodzimy z pokoju. Ostatnio córeczka marudzi i tłumaczy, że nie lubi być sama.

- Kochanie, jeśli się  obudzisz, lub coś ci się przyśni, jeśli w ogóle cokolwiek, to zawołaj nas lub przyjdź do nas.

Prawda, jakie fantastyczne i procórkowe oświadczenie?

Wiemy, że rozespanej Pyzie nie będzie się chciało wyłazić z ciepłego łóżeczka, przejść z oświetlonej lampką nocną plamy światła w ciemniejszy korytarz by wejść do naszej sypialni bez ważnego powodu.

Czasem przychodzi, pakuje się między nas, zawłaszcza poduszkę (zazwyczaj moją, choć MM uważa inaczej), promieniuje ciepłem jak mały piecyk, rozrzuca wszystkie odnóża i w ogóle robi wszystko byśmy poczuli, że mamy w łóżku zaborczą, cieplutką ale przeszkadzającą i lekko spoconą małą ośmiornicę.

Czasem ta ośmiornica opowiada jakiś pasjonujący, niekoniecznie straszny sen, który ją wybudził. Nic tak nie wybija z własnych snów jak cudzy, opowiadany nad uchem z towarzyszącym "i wiesz mamo..." szturchaniem w łopatki.

Wczoraj Pyza przyszła do nas jeszcze zanim zasnęliśmy, zanim skończył się nasz wieczór bez potomstwa, gdy ja pogrywałam na kanapie a MM szlifował wpis na bloga.

- Nie mogę spać - stwierdziła mała, rozczochrana zmorka, schodząc schodek po schodku i wlokąc za sobą ukochanego kotka.

No cóż, pomyślałam. Przecież nie przyszła bez przyczyny. Coś się działo, więc przyszła do nas. Później, gdy ją odnosiłam, mało brakowało, bym się potknęła o stos kotów Simona, które najwidoczniej czytała już po dobranockowych rodzicielskich usypiankach próbując się samodzielnie uśpić.

Zapakowała się pod kocyk tuż obok, żebym ją mogła drapać i tak drapałam podczas wieczornej lektury nowego Kinga.

Oczywiście, ze mogłam powiedzieć, że nasze zapewnienie "przyjdź do nas jakby co" odnosiło sie do godzin od 4 do 7, że najpierw powinna na pewno zasnąć, że to nie miało być tak. Nasza córa potrzebuje jasnych wskazówek, prostych zasad i jeśli "może przyjść do nas, jeśli cokolwiek przerwie jej proces spaniowy" to może.

Argh...

23:02, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 listopada 2014

Pyza: Mamusiu, jak ja mam na drugie imię?

Ja: Alicja

Pyza: A tatuś?

Ja: Jerzy

Pyza: A ty?

Ja: Ja nie mam drugiego imienia.

Pyza (ze zgrozą w głosie): Masz tylko jedno imię?

....

Pyza: Wiesz co, mamusiu, ja ci wymyślę drugie imię. Najładniejsze imię i ci je dam. Wolisz Kwiatella czy Balerina?

Jak sądzicie, jak zareagują na to w urzędzie?

21:18, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53