Poczytuję:

4 godziny na dobę
dmuchawce latawce
eskapista
Miszelkowy schowek
Jesienne urodziny
Kartonki
Boli Blog
świętojanki
ZUCH próbuje rysować


Kontakt
mój e-mail

RSS
czwartek, 26 lutego 2009

Ogólnie mężczyźni są mili, może to kwestia doboru znajomych. Ale od kiedy jestem w ciąży są wobec mnie mili znacznie bardziej. Nie chodzi akurat o ustępowanie miejsca w tramwaju, bo okutana w kurtkę i szaliki wyglądam najwyżej jak gruba kobieta i człowiek może się zastanawiać: obrażę ją, czy nie?

 Moi znajomi z pracy i znajomi "prywatni" zareagowali bardzo pozytywnie, ale ogólnie na wieść o ciąży reaguje się pozytywnie. Bardziej zdziwiło mnie to, że tą "pozytywność" zachowali też na później.

Hasło "no, ale masz juz wyraźny brzuszek" słyszę tylko od kobiet. Faceci mówią "świetnie wyglądasz". Nie wiem, może akurat trafiam na takich, którzy lubią kobiety w ciąży, a może - tu wersja dla wielbicieli teorii spisku - boją się gwałtownego wybuchu wściekłości i szału.

A może po trzech miesięcy czucia się jak szmata, gdy w końcu przeszły mi mdłości, zaczęłam wyglądać normalnie?

Ten ostatni powód jest najbardziej sympatyczny, bo jakoś nie mogę przyznać racji wstrętnym pogłoskom, że kobiety w ciąży są humorzaste, płaczą z byle powodu czy wpadają w histerię. Ja płakałam na początku, po wizycie - pierwszej i ostatniej - u jednej z chamskich ginekolożek, raz też w czasie jakiejś sprzeczki domowej. Powody były i pewnie rozpłakałabym się mimo ciąży. Poza tym normalnie funkcjonuję, pracuję załatwiam reklamacje nabzdyczonych klientów. Oczywiście mam wieksze nastawienie "na luz" i nawet mandatem od wrocławskiego mpk  za jazdę nocnymi bez biletu się nie przejęłam (bardziej awanturował się kumpel, ale to akurat ma podstawy w ilości wypitego przezeń alkoholu).

Wczoraj, gdy po powrocie do domu roztrząsaliśmy jakies przypadki transportu publicznego czy jakiegos innego upierdliwego szczegółu dnia codziennego, Mój Mężczyzna strasznie się emocjonował, aż powiedziałam:

Ja: Kochanie, nie przejmuj sie tak jakąś pierdołą, to ja jestem w ciąży i jeśli już to ja powinnam psioczyć :)

MM: grrr.....

Ja: Jeśli dodać do tego fakt, że zacząłeś jeść śniadania i muszę ci robić kanapki...

Siostra MM: To jasne, jesteście we współciąży :)

 

Jest jeszcze jedna wersja "sympatyczności facetów", straszna i złowieszcza...

Kumpela: Faceci są mili dla kobiet w ciąży, bo po pierwsze laski mają wtedy duży biust, a po drugie, po zaciągnięciu takowej do łóżka nie trzeba się martwić o antykoncepcję ;)

14:23, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lutego 2009

Wczoraj Mój Mężczyzna przyniósł ogromne pudło z ciuszkami dla dziecka, które otrzymał od swojego kumpla w pracy. Maleńkie kaftaniki, śpioszki w zajączki i pierwsze dżinsy dla malucha - ze spodkiem latającym :) Ubranka są zdecydowanie męskie, choć jeszcze nie wiemy jaka to będzie płeć, ale muszę przyznać, ze te wzorki podobają mi się znacznie bardziej niż wściekły róż. Takie dzielenie sie ubrankami i przekazywania w ramach przygotowań do narodzin jest dla mnie zdecydowanie plemiennym zwyczajem.

Wychowywałam się w małej miejscowości, ciotki i sąsiadki mieszkały niedaleko, większość ludzi to zabużanie, którzy po wojnie musieli sie zżyć na obcych, poniemieckich terenach. Dopiero gdy wyjechałam na studia do dużgo miasta uświadomiłam sobie, że była to społecznosć zżyta i otwarta. Nie było problemu w zaproszeniu kogoś do domu, nocleg u sąsiadki czy koleżanki. Duże miasto i znajomi ze studiów to całkiem inny obszar "gościnności" - wizyta to wizytacja, a wprowadzenie w krąg domowy to ceregiele wielomiesięczne. Teraz dobrze sie kumplujemy z ludźi takimi jak my, przybyszami z małych miejscowości, którzy nie ceregielą sie z zaproszeniem na ciasto, a jeśli mają wolny wieczór dzwonią: mamy piwo, przybywajcie, obejrzymy film lub zagramy w Cytadelki.

Przekazywanie ciuszków dzecięcych jest wyrazem troski o potomstwo, zazwyczaj dzielonej w ramach rodziny i "plemienia". Trochę w tym pozostałości po gorszych czasach, gdy w sklepach nic nie było. Trochę też zapobiegania marnotrawstwu, bo ciuszki używane czasem przez kilka tygodni, zwykle z naturalnych materiałów, odporne na pranie i zużycie mogą służyć kilku dzieciakom. Swego czasu z niechęcią myślałam o rzeczach z drugiej ręki, ale teraz mam do tego spokojne podejście. Śpioszki, w których dorastały dzieci znajomych są dobre i dla mojego dziecka. Oczywiście planujemy dokupienie ubranek (szczególnie poszukiwane wzory w zwierzątka i kolory inne niż biały), pewnie "nasze ciuszki dołączą do strumienia rzeczy przekazywanych z dziecka na dziecko :)

Ja: Rety, po co nam 20 śpioszków?

Mój Mężczyzna: Będziesz mogła spokojnie przełożyć pranie na dzień następny w ramach dbania o depresję.

Ja: To dokupmy jeszcze kilka.

MM: Spoko, jeszcze nasze kuzynostwo nie przywiozło swoich łupów.

Mogliśmy kupić większą szafę.

13:24, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 lutego 2009

Martwię się od samego początku. Pewnie wszystkie kobiety w ciąży się martwią, czy będzie zdrowe, czy urodzi się bez problemów. Kumpela, która "zaczęła" dwa miesiące wcześniej mówi, że na każde usg idzie z niepokojem za skórą.

U mnie to, że zaraz na początku zachorowałam, dostałam antybiotyki i od dwóch różnych lekarzy dostałam dwie różne opinie (proszę brać i się nie przejmować, ten antybiotyk nie zaszkodzi, oraz: co też najlepszego pani zrobiła???) odniosło taki skutek, że wylądowałam u nowego lekarza, który powiedział: nie jest tragicznie, w 99% nic sie nie dzieje - ale w ciaży nigdy nic nie wiadomo na 100%. No i dzielnie znósł mój płacz i wyznanie, że zupełnie się do tego nie nadaję. No bo matki powinny być dzielne, trzymać sie i wogóle nie mieć żadnych wątpliwości. acha, muszą też być szczęśliwe i nie martwić się.

 Martwię się. Po badaniach pappa i usg, regularnych i nawet częstszych niż zwykle badaniach ogólnych jestem spokojniejsza, ale, no... wiecie.

Kiedyś obudziłam sie w środku nocy, przytulona do ciepłych pleców Mojego Mężczyzny (brzuch jeszcze nas za bardzo nie odgradza) i słuchajac bulgotu wody w kaloryferze pomyślałam, że w porównaniu z moją mamą gdy była ze mną w ciąży to mam pewnego rodzaju luksus. Ponad trzydzieści lat temu moja mama musiała się martwić tym, jak powiedzieć to swojej mamie a mojej babci (była z niej straszna cholera, prawdziwa Dulska i Bukietowa z "Co ludzie powiedzą"). Rodzice znali się od kilku miesięcy i choć pracowali, jak to bywało, nie mieli mieszkania ani szans na nie. A to wszystko poza standardowymi zmartwieniami typu : czy wszystko jest ok.

Co prawda również nie mamy ślubu, ale tym akurat się nie przejmuję, a moja przyszła teściowa powiedziała, że "po dziesięciu latach wielkiej miłości nie powiecie nam, że to była wpadka". No i wszyscy odtechnęli z ulgą, że zaplanowaliśmy coś konkretniejszego poza szlajaniem sie po imprezach, koncertach i całonocnych maratonach z grami komputerowymi. No i mamy mieszkanie, w którym robimy to co chcemy i nikt nam nie wściubia nosa.

Kolejny powód do martwienia sie to poród.

 Koleżanka, która rodziła pół roku temu: Tak, nacina się wszystkie kobiety. Wciaż nie mogę dojść do siebie

Mama: No ale jak już urodzisz, to potem możesz sobie zrobić plastykę krocza.

Jak sie okazało mama i wszystkie ciocie miały operacje plastyczne, bo to norma. Bleee...

Jest to dla mnie coś okropnego, prawie jak obrzezanie czy coś. Nacinanie, o którym czytałam, ze za granicą wykonuje się je w 20% przypadków, u nas wręcz odwrotnie. Życzę śmierci osobom, które twierdzą, że "przecież najważniejsze jest, że będziesz miała dziecko, co, nie przecierpisz kilku szwów dla dziecka? Poza tym, to nic nie boli". Kurde, może tak by obcinać nogę, bo przecież też wiele kobiet dałoby sobie obciąć nogę żeby mieć dziecko. Młode Afrykanki też przed obrzezaniem pewnie słyszą: będziesz prawdziwą kobietą, zniesiesz chyba tę odrobinę bólu, by wyjść za mąż i być prawdziwą członkinią społeczeństwa, dobrą żoną itp. Grrr...

Mam silne postanowienie znalezienia odpowiedniej położnej i przygotowanie się do porodu. Tak, jak dbam o malucha, piję mleko i  jem serki, dużo śpię, biorę żelazo, badam się i tym podobne pierdoły, że myślę o nim, pływajacym w moim brzuchu jak mała rybka w akwarium, tak myślę o sobie. Tak, wygodne glany i gotyckie bluzeczki mieszczą sie w ramach ogólnie pojętej troski o siebie.

A lekarze oczywiście podchodzą do wszystkiego tak: w większości przypadków wszystko jest ok, dzieciak jest zdrowy, zapomnisz o wszystkim, jak tylko weźmiesz go na ręce.

Lekarz: No to czego sie tak obawiasz?

Ja: Chciałabym, żeby już był sierpień.

Lekarz: To może uśpić na czas porodu?

Ja: ?

Lekarz: Ale w naszym szpitalu mamy tylko gumowe młotki.

10:42, julkanabalkonie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 lutego 2009

Wizyta kontrolna. 

Ja: (Wchodzę na wagę)

Lekarz: Schudła pani!

Ja: Na pewno nie, wszystkie spodnie noszę już na ostatni guzik.

 Lekarz: No ale przecież widzę, kilogram mniej. Co się stało?

Ja: Na pewno przytyłam.

Chwila milczenia w czasie której kontemplujemy wagę.

Lekarz: Aaa... wszystko jasne, włożyła pani inne buty.

 

Kwestia butów wypłynęła już na jednej z pierwszych wizyt. Zazwyczaj noszę glany, sporadycznie potykacze na wysokim obcasie (czarne, gotyckie, wręcz fetyszystyczne). Glany to super buty na zimę, chlapę, koncerty i kopanie po kostkach zbyt przylepnych panów w autobusach. Piękne steele w barwach graffiti potrafią ocieplić mój dzień a tak naprawdę nie widać ich pod dłuższą nogawką spodni.

Nie wiem dlaczego mój lekarz uczepił się  tych butów - że cieżkie, ze pewnie mnie nogi bolą, niekobiece (zaczynam podejrzewać, ż pod płaszczykiem sympatii jest wstrętnym szowinistą). Raz jeden jedyny widział mnie w kozaczkach (czarna skóra, 10 cm obcasy, sznurowanie) ale oczywiscie powiedział, że nie powinnam ryzykować, bo zmienia się punkt ciężkości.

Zaczęłam sie zastanawiać nad pewną sprawą, mianowicie wcale nie jestem osobą, która obnosi się z przynależnością "klulturową". Noszę glany, torebkę punk-rockową, czasem maluje paznokcie na czarno lub bordowo. Na poczatku ciąży czułam sie jak na giga kacu, więc tym bardziej nie w głowie mi było zastanawianie sie nad trzymaniem wizerunku. Sweter, dżinsy i, tak, glany, to było wszystko na co mnie było stać po odpełznięciu od kibla.

Mam grono koleżanek, które wyglądają znacznie barwniej niż ja: kolczyki w różnych miejscach ciała, nie tylko tych widocznych na codzień, glany do kolan, pończochy kabaretki, dredy czy bardziej krzykliwe bluzki. One też chodzą do ginekologa, niektóre zachodzą w ciażę. Jakoś nigdy nie rozmawiałyśmy na temat: co powiedział twój lekarz na widok tatuaża na cycku czy kolczyka w łechtaczce? Będę musiała zapytać przy okazji :)

W zasadzie nie spodziewam się odpowiedzi innej niż taka, że była grzeczna uwaga, bo po pierwsze, to nie jest typ kobiet, które pozwolą sobie na niegrzeczne uwagi, a wspierane to jest punktem drugim: nie mówię o osobach z dołów społecznych, bezdomnych narkomankach czy studentkach zbierających na tanie wino. Są to kobiety dobrze sytuowane, dbające o siebie, zazwyczaj chodzące do prywatnych lekarzy. Brzydkie odzywki to ryzyko straty płacącej pacjentki.

Subkultura może kojarzyć się z brudem, zaniedbaniem czy biedą, ale takie wyobrażenie może mieć moja mama :) Są osoby, które będąc metalami czy gotami "za młodu", weszły z tym wyborem w dorosłe życie. Co prawda nie mogę na codzień nosić np. do pracy w biurze moich skórzanych gorsetów, ale ciągoty do spokojniejszych glanów czy gustownych koszul z nadrukami mi pozostały. Moda i styl są znacznie szersze niz okładki Avanti.

 Jeden kumpel mi kiedyś powiedizał, że nie mam sie co martwić, będę na pewno śliczną gotycką mamusią :) Miłe to było, ale łatwiej mu to było powiedzieć, niż mi wprowadzić w czyn. Możecie zapytać: czy warto? Te kilka miesięcy można spędzić w ślicznych, modnych ciuszkach ciążowych. Ba, można je spędzić w worku po ziemniakach, bo firmy z ciążowymi ciuchami windują ceny w myśl zasady: kobieta to kupi, jeśli nie z myślą o sobie, to o dziecku. Ja lubię mój rockowo-gotycki styl. I tak poszłam na spore ustępstwa wybierając pracę w biurze. A ubrania klimatyczne znacznie poprawiają mi nastrój... gdyby jeszcze nie były tylko do rozmiaru 38 :P

Odwiedzane przeze mnie sklepy internetowe oferują mnóstwo ciażowych ciuszków. Ładnych, kolorowych, namiotowych... grrr.. ale żaden w moim stylu. Po godzinnym przeczesywaniu netu znalazłam bojówki ;) Kupię je, no bo potrzebuję spodni, a w realu widziałam tylko coś obleśnego ze sztucznego materiału. Mam też ochotę na kilka bluzek ze sklepu ax Tak, podkreślają brzuszek, ale przecież jestem w ciaży :)

Eh, moje maleństwo, które zaczyna sie juz we mnie szamotać i wiercić, nie musi sie martwić, że będzie miało kołyskę jak z Dziecka Rosemary, ale może się juz zastanawiać nad glanami. Widziałam w sklepie małe martensy w kwiatki :) Niedługo powinnam dostać też przesyłkę ze Stanów - białe glany na ślub. Nie mogłam ich dostać w żadnym polskim sklepie, więc marudziłam gościowi, które sprzedaje na allegro. Gdy wyłuszczyłam problem: białe glany, na wesele bla bla, zawsze o takich marzyłam, a nikt mi nie chce sprowadzic numeru 41... Udało się ;) Dostałam nawet zniżkę pod warunkiem, że prześlę zdjęcie ze ślubu :)

Ślub w terminie ustalonym jeszcze w sierpniu - jesienny, w miejscu naszego pierwszego koncertu :) Czysty romantyzm i ja w białych glanach w kwiaty i białej krótkiej sukience :) Mojemu lekarzowi wyślę zdjęcie glanów, będzie mógł nawydziwiać nad humorami niektórych kobiet.

 

09:55, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lutego 2009

O tym, że chyba jestem w ciąży pomyślałam 11 listopada 2008, po tym, jak zbieraliśmy się z długiego weekendu u rodziców. Dałam sobie czas do powrotu, kupienia testu i obudzenia z cyklu imprez rodzinnych. Zajęło mi to kilka dni i jak słusznie przewidywałam, byłam już nosicielką.

Oczywiście planowane, ale szczerze mówiąc nie miałam głowy do skrupulatnych wyliczeń, kiedy i jak. Moje koleżanki tak planowały przez kilka miesiecy, więc nie spodziewałam się, że nam sie uda tak od razu. Po potwierdzeniu, testach, szukaniu nowego lekarza i leczeniu zapalenia pęcherza nadszedł czas na istotę ciąży: rzyganie pierwszego kwartału :)

Specjalne pozdrowienia dla architekta i budowniczych słupów na przystanku Lechicka, za którymi mogłam się ukryć.

 Wracam do bloga. Dlaczego tutaj? Bo mój ogólny blog tematyczno-oficjalny może nie znieść tematu "macierzyństwo". Na pewno sie przyznam, opiszę itp, ale na razie chcę sie pooswajać i popisać sobie w spokoju bez komentarzy znajomych.

 

Ja: W lipcu sie rozwiązuję i nie będę mogła zrobić prelekcji w Warszawie.

Znajomy: Noż kurz..... następnej się zachciało życia osobistego.

 

Po drugie... może, a nóż widelec kiedyś będę chciała sobie przypomnieć różne motywy i sytuacje. Na dzis mogę powiedzieć, że najbardziej uderzający motyw przytrafił mi sie wczoraj. Kupiliśmy sobie nowe, duże lustro do łazienki (po trzech latach od wprowadzenia się, sukces). Po kąpieli zaczęłam oglądać swe kształty w lustrze i szok: wyglądam już jak kobieta w ciaży! Mega biust, talia w zaniku, coś okrągłego pod pępkiem... Mój Mężczyzna do tej pory utrzymywał, że nic nie widać pod zimowym swetrem "jakbyś się objadła, skarbie". Ale on ma sporo ciężarnych koleżanek w pracy i chyba włączył mu się tryb "twoja kobieta potrzebuje czułości, niekoniecznie prawdy".

A jak mówi Mistrz Mang do Chowdera: Nigdy nie mów kobiecie, że przytyła, jeśli nie jesteś gotowy na śmierć.

 

 

12:32, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 listopada 2007

Oczywiście, to jest rzecz, którą się zawsze ustala na: za rok.

Ja od czterech lat (czyli od mojego 26-go roku życia) to sobie powtarzam. Chciałabym już urodzić dziecko i mieć to z głowy. I co ważniejsze - chciałabym móc mieć to z głowy - bez kłopotów przede wszystkim finansowych. Mam kandydata na ojca dziecka. Zdrowego, odpowiedzialnego, kocha mnie i ufamy sobie. No i sypiamy ze sobą. Oboje mamy pracę, mieszkanie na kredyt (wszyscy nasi znajomi to "kredytowcy"), wsparcie rodziny i szefów kobiety, które - jak mamy nadzieję - zgodzą sie zarówno na macierzyński i tacierzyński. Nie mam: poczucia bezpieczeństwa. Ani trochę.

Jak byłam mała śniły mi się wojska niemieckie mordujące moją rodzinę (skutek apeli szkolnych i patriotycznych opowieści rodzinnych), dziś jest już lepiej, ale ni cholera nie ufam rządowi, systemowi ubezpieczeń społecznych, lekarzom ani nauczycielom, którzy będą uczyć moje dziecko. Nie ufam też radom, ze jakoś to będzie i sobie poradzimy. Pochodzę z rodziny prawie wielodzietnej (więcej niż 2 rodzeństwa, ale mniej niż 10), bardzo katolickiej, z małej miejscowości. I dlatego zdaję sobie sprawę, że w razie kłopotów rodzina niestabilna finansowo, gdzie dużą część stanowią dzieci ciężej przechodzi wszelkie zapaści i dłużej wychodzi z dołka. Wszyscy razem? Co za bzdura: jedna siostra potrzebuje butów, druga płacze, ze wszyscy jadą na wycieczkę a ona nie może i nawet nie pyta rodziców, babcia potrzebuje leków przeciwbólowych a ksiądz, który przyjdzie po kolędzie też swoje zaśpiewa.

Jak zatem ja, która w razie wizyty u dentysty (120 zł za plombę w Poznaniu), "pożyczenia" siostrze kasy na opłacenie szkoły, zakupu płaszcza na allegro mam problemy z miesięcznymi opłatami, mam zdecydować się na dziecko. Mam pracę, zarabiam ok. 2000 i nie mówcie mi, ze to są marne pieniądze, bo jest dużo osób, które tego nie mają. Ale właśnie kilka rzeczy, jakaś choroba, wyjazd (bilet do rodziny w jedna stronę 50 zł) i zaczynamy ciąć wydatki kulturalne, czyli książki, kino.

Nie chcę oglądać piratów ani ściągać książek na e-mule. Nie chcę, jak moja mama, na skutek strasznej opieki dentystycznej stracić połowy zębów przy pierwszej ciąży. Nie chcę męczyć faceta, żeby przyniósł więcej pieniędzy do domu, bo dziecko nam choruje. On nie jest maszynką do robienia kasy. Chcę spokojnie przeżyć ciążę, czekając na dziecko i nie martwiąc się "jak to będzie". Stąd to całe moje odkładanie na "za rok". Ostatnio pomyślałam, o ileż spokojniejsze byłoby moje życie, gdybym postanowiła nie urodzić dziecka.

13:06, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
1 ... 51 , 52 , 53