Poczytuję:

4 godziny na dobę
dmuchawce latawce
eskapista
Miszelkowy schowek
Jesienne urodziny
Kartonki
Boli Blog
świętojanki
ZUCH próbuje rysować


Kontakt
mój e-mail

RSS
niedziela, 09 listopada 2014

Półleżę z lapem na kanapie, w planach śniadanie (jeśli MM mi przyniesie, a jeśli nie to nie). Za nami mocno towarzyska noc, bo byliśmy na parapetówie u przyjaciół, było oglądanie chaty na wzgórzu, bieganie z małą dzieciną uczącą się chodzić i granie w Potwory w Tokio aż do sił ostatnich.

Nie wierzyłam, że zapomnę jakie to męczące (roczny maluch, nie potwory :)), ale zapomniałam, po czterech latach udało mi się zapomnieć, że roczne dziecko to ssawka energii i entuzjazmu. Na szczęście bycie ciocią pozwala na radosną godzinkę prowadzania, a teraz och, jaka jestem zmęczona. Nie wstaję aż do czwartej co najmniej.

Więc leżę, przychodzi do mnie Pyza, przytula się i mówi z pełnym przekonaniem:

- Ładnie się ubrałam, prawda?

- Pięknie - odpowiadam (ach, jakie to szczęście, że już jest tak duża) i dodaję niechętnie- jeśli przyniesiesz grzebień i gumki, to cię uczeszę

- Nie trzeba - córka samodzielnie wpina spinki w potarganą szopę na główce - leż sobie, mamusiu.

10:57, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 listopada 2014

... czyli przerażamy kumpli z pracy.

 

Na samym początku wydaje się, że to zagrywka na blondynkę na obcasach, bo obcasy, a jakże, posiadam.

Ja: Prooszę, kto mi pomoże, muszę wyciągnąć duplikaty danych z tabelki w excelu i mi formuła nie działa

Kumpel: Dawaj, zaraz znajdziemy formułę.

Kumpel nr 2: Nie, na pewno tabela przestawna pomoże

Chwila na dyskusję, kto ma lepszy pomysł, gdy ja stoję obok z lapem przy piersi.

W końcu wygrywają tabele i...

Kumpel nr 2: O, nie!!!! Ty masz Maca!!!!

... i po chwili pełnej zgrozy...

Kumpel nr 2: A czy możesz mi to przesłać na mojego kompa...?

22:04, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 października 2014

Planuję urodziny, w domu, z całym przekrojem znajomych od 0,6 do 40'

Ja (zastanawiam się głośno): Mam ochotę na sałatkę z dyni, może zupa krem

MM: Nie! Zrób coś, co będę mógł zjeść!

Ja (z mordem w oczach): To twoje urodziny czy moje?

Gdzy się jest osobą gotującą najbardziej zdumiewające jest podejście domowników do gotowania naszego. Przede wszystkim, gdy domownik ma urodziny, trzeba mu gotować to, co on lubi. A gdy osoba gotująca ma urodziny, gotuje to... co lubią goście. I gdzie tu sens?

W końcu jednak zapanowałam nad jadłospisem, okroiłam ilościówkę, zakupiliśmy masę wina i liczyliśmy na to, że goście cos przynosą.

Ja: Kochani, stół jest tam: hummus, sałatka z dyni, gruszki karmelizowane z gorgonzolą...

MM (półszeptem): W lodówce są śledzie, a piekarniku skrzydełka...

gr

13:29, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 września 2014

Pyza na płytkim basenie ćwiczy pływanie z makaronem.

MM tkwi przy murku obok podziwiając córkę.

Ja na dużym padam ze zmęczenia.

Jakoś tak w lutym zapisałam Pyzę na lekcje baletu, które skończyły się mniej więcej na wysokości przejazdu kolejowego, gdy wiozłam ją na czwarte zajęcia.

- Mamis - oświadczyła stanowczo - nie będę chodzić więcej na balet

- Że CO?

- Muszę ci powiedzieć - odparła córa ze spokojem w głosie - że podobało mi się tylko to, że na koniec pani dawała nam obrazki baletniczek do kolorowania.

 

Plusem tej historii było to, że Pyza przestała nas katować jeziorem łabędzim po 3 godziny dziennie, co robiła mniej więcej od świąt Bożego Narodzenia.

Zatem do basenu podeszliśmy z wyciągniętymi wnioskami: nic abstrakcyjnego, wcześniej próbujemy "na sucho" (czyli, w tym przypadku sami zrzucaliśmy dziecię z pomostu i sprawdzaliśmy, czy się dziecięciu podoba). No i sami służymy za wzór, czyli pływamy, żeby pokazać Pyzie, że pływanie jest udziałem całego społeczeństwa i to norma. A w przypadku baletu nic takiego nie miało miejsca.

Nasz udział jest eee... w sumie konieczny, bo społeczeństwo, jak społeczeństwo, moze skoczyć z mostu, ale ja i MM - jak się czasami okazuje - jesteśmy wzorami do naśladowania. Raz nawet Pyza była ze mną na gimastyce i ćwiczyła na mojej macie do jogi. To dopiero lans :)

Za tydzień, najpóźniej dwa okaże się, czy nasza córeczka będzie pływaczką olimpijską.

MM (ze zgrozą): A jeśli będzie chciała robić tylko to??? I pójdzie na AWF???

 

 

12:36, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 września 2014

Dziś rano Pyza obudziła sie wczesnie. zastałam ją siedzącą w łóźku, rozczochraną niczym Cosiek i zagłębioną w Kocie Simonie.

Była awantura o ubieranie (bo brak złotej spódniczki), jedzenie (za późno już było), wyciąganie z bazy, w której sie ukryła i chciała zostac na cały dzień.

Nie chciała iść do przedszkola, nie chciała powiedzieć dzień dobry grupie (nalegamy na to i mamy w planie codziennych dobrych zachowań).

Aż się dziwię, że kurwami nie rzuca, choć przecież na pewno słyszała, co się mówi w kryzysowych sytuacjach, na przykład wczoraj gdy szłam po schodach rozerwało się dno worka na śmieci (piotr i paweł nie zna się na workach śmieciowych, jego worki zrobiły nam to już nie raz). W każdym razie dałam popis oratorski, gdy wszystkie śmieci poleciały piętro niżej między stopniami naszych białych schodów.

Dziś nie jest pyzowy dzień. Zaczynam się zastanawiać, czy nie odbija się na niej moja niechęć do chodzenia do pracy, w której zwyżki zalicza atmosfera nad wyraz chujowa a zniżki motywacja i wyzwania.

Muszę dziś kupić dobre worki na śmieci, zeby mi nie leciały na schody. I mniej się przejmować pracą w domu (czyli taki odpowiednik worków ale wirtualny).

 

09:57, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 września 2014

No bo nie wiem, jak to inaczej nazwać.

Gdy MM wyjeżdżał na ciuchowe zakupy (czasem tak ma, bierze kluczyki, wygodne buty i znika na kilka godzin w Plazie by wrócić z nową koszulą czy poszetką czy czymś tam), ja z Pyzą i kotem tkwiliśmy w kuchni zajmując się twórczym przypalaniem pomidorów, przy czym kot się przytulał do Pyzy a ona udawała, że nie wie o co kaman.

Od pewnego czasu karmienie kota należy do obowiązków pyzowych, albowiem nasza córka chce nam udowodnić, że potrafi dbać o zwierzątko i chce mieć psa gdy dorośnie (czyli najchętniej przed listopadem). Zleciliśmy to jej, ponieważ chcemy, żeby miała jakieś obowiązki, bo u niej z obowiązkowością jest jak wiatr zawieje. Martwiłam się, jak też ona da radę z otwieraniem saszetek, bo ja na ten przykład zawsze się upaprzę przy odrywaniu, ale jak się okazało, jest zaradniejsza niż ja i z miejsca załatwiła sobie nożyczki. Gdybym ja na to wpadła, oszczędziłabym sobie przebierania o poranku nie raz i nie dwa.

No, ale nie o tym miało być. Gdy MM wrócił po kilku godzinach, z torbami i wiatrem we włosach, zgodnie tkwiłyśmy z Pyzunią na balkonie patrząc jak parkuje a potem wbiega po schodach. MM rzucił okiem na chatę, śpiącego kota (który się nie doczekał żarcia), kobietki swego życia, które wyglądały - jak nam się wydawało - na lekko stęsknione i na pewno nie zziajane i uśmiechając się z pełnym przekonaniem rzekł:

 - I co, grałyście sobie przez cały czas, gdy mnie nie było?

21:26, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 lipca 2014

Na samym początku bakcyl rozwija się u mnie. Istnieje teoria najsłabszego ogniwa, ale sądzę, że kolorowe drinki z lodem wyjaśniają anginę.

Następnie przez tydzień choruję, w tej temperaturze odcięcie od lodu i klimy jest straszne, ale jestem dzielna. W celu porządnego rozwoju wyselekcjonowanych szczepów unikam kontaktów uściskowych z rodziną. Ale ileż można unikać. W końcu jakiś całus ii...

czas na Pyzę - z temperaturą 39-40 przez cztery dni. Pyza choruje jak standardowe dziecko. Ja też się zachowuję standardowo - wstaję w nocy i pod groźbą śmierci nie potrafię wybrać: przykrywać czy odkrywać.

Za oknami burza.

W końcu Pyz zdrowieje. I znów czas na mnie. A co . Czuję, że bakcyle sa już porządnie podhodowane, odporne i gotowe do inwazji na niczego się niespodziewający świat.

Czas na MM.

09:26, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 lipca 2014

Zawsze mamy takie poczucie, gdy na placu zabaw, spacerze czy po sąsiedzku poznajemy nowych znajomych.

Zabrałam Pyzę na plac zabaw obok szkoły, przyszłej szkoły Pyzy. Wypuściłam córkę na wolność, z czego skwapliwie skorzystała porzuciwszy najpierw sandałki pod ciuchcią. Ja zasiadłam na przemoczonej od niedawnej burzy ławeczce i zatonęłam w mocno oldskulowym horrorze. Rzuciwszy gałą po pewnym czasie stwierdziłam, że dzieci niewiele i Pyza weszła w interakcję z chłopcem, którego mama bardzo odpowiedzialnie i troskliwie bawiła się z synem (nie to co ja). Swoją drogą wspomniał mi o tym już MM: inni rodzice bawią się z dziećmi, nie rzucają na pastwę i zajmują się graniem na smartfonie czy czytaniem jak na przykład my.

A, to tak wygląda, pomyślałam i wróciłam do mrocznego świata wampirów. Pyza nie potrzebuje wsparcia towarzyskiego, sama ma więcej sposobów na zagajanie innych dzieci na placach zabaw niż ja.

Ale okazało się, że przedsiębiorcze dzieci zagarnęły nas obie do bujania huśtawki, na której się usadowiły. Mnie i tę drugą mamę. I wiecie co? Poznałyśmy się. Okazało się, ze nasze dzieci za rok idą do pierwszej klasy, w tej samej szkole.

Moja nowa dzielnia, skądinąd nieco tchnąca Stepford, jest całkiem ok. Dzieciaki się bawiły, my ostrożnie gadałyśmy o nich, o nas, o tym, że Strzeszyn jest miłym miejscem.

Pyza wybawiona, rozszczebiotana i wymęczona powiedziała mi po drodze; Wiesz, mamis, czuję się szczęśliwa.

No, ba, królowe salonów :)

00:19, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lipca 2014

Jestem oburzona, poniewaz dostaliśmy zjebkę od przedszkolanek. Poszło o strój Pyzy: majtki-bokserki plus dłuższa koszulka. Bo przyszła w samych majtkach.

Koszulka była dłuższa, taka za pupę, majtki miały nogawki, to takie standardowe bokserki przylegające. Według mnie to był normalny strój dla pięciolatki w towarzystwie aury jaką mamy - czyli gorąco i duszno. Miałam ją jeszcze wtłoczyć w spodenki? Założyć majtki pod większe majtki?

Swoją drogą, nie rozumiem zdziwienia pan przedszkolanek, gdy Pyza przychodzi ubrana nieco inaczej. Nie wiem, może inne dzieci rodzą się z przypisaną umiejętnością dobierania strojów jak z katalogu a może perswazja rodziców stoi na wysokim poziomie.

Ja jestem mega szczęśliwa, gdy Pyza rano: chce się ubrać, skompletuje strój, założy go samodzielnie i nie świeci gołym tyłkiem. W takim przypadku pozwalam jej wyjść do ludzi nawet jeśli jest ubrana w różową spódniczkę baletniczki i koszulkę z dinozaurem do rajstop w kratkę gryzącą się wizualnie z całą resztą (spojrzenie pani przedszkolanki mówiło wiele, gdy przyprowadziłam tak odzianą, przeszczęśliwą Pyzę).

Wybrała sama, ubrała się sama, jest z tego dumna. Interwencję rozpoczynam w przypadku kociego kombinezonu z kłaków przy 30 stopniach. Sugeruję wówczas zmiany, ale i tak zostawiam pole do odczucia konsekwencji.

Czy naprawdę w całym przedszkolu tylko Pyzis przychodzi w tak niedobranym outficie? Hmmm.. chyba tak.

13:51, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lipca 2014

Patrzę na baterię słoików typu weck wypełnionych rubinową mazią.

Ja: No i prosssz, moje przywiązanie do tymianku spowodowało, że dodaję go nawet do konfitur truskawkowych, tyle, że tym razem (...werble!) mam go w wersji świeżutkiej nabalkonowej.

MM: Jesteś geekiem kuchennym

Ja: Masz rację, wszak na ostatnim zlocie erpegowym cały skacowany ranek gadaliśmy o brązowym cukrze.

Ja: ... chwilunia. Przecież MM tu nie ma, cały powyższy dialog odbył się w mojej głowie.

Tak, stoję przed stertą słoików i myślę do siebie dialog z MM.

...

Po chwili

Ja: Ale gdyby był, to by tak powiedział. I spojrzałby odpowiednio, o tak.

MM wchodzi do kuchni.

MM: ???

Ja: Masz rację.

MM: Wiem.

Trafność niektórych dialogów jest stuprocentowa. I jaka oszczędność czasu. Można by to opatentować jako telepatię, ale podejrzewam, że koszt wytworzenia jest zbyt wysoki. Porównywalny do wytwarzania elektryczności z kociej sierści i bursztynów. Nie, że nie można, ale...no. Wyobraźcie obie stado kotów wszelkiej maści, bursztyny poukładane w kuwetopodobnych pudełkach, obsługa z uczuleniem na sierść. Konieczność miziania, czesania i ugłaskiwania fochów. No i galopady o trzeciej nad ranem bo kot się wyspał.

22:46, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »