Poczytuję:

4 godziny na dobę
dmuchawce latawce
eskapista
Miszelkowy schowek
Jesienne urodziny
Kartonki
Boli Blog
świętojanki
ZUCH próbuje rysować


Kontakt
mój e-mail

RSS
środa, 07 listopada 2007

Oczywiście, to jest rzecz, którą się zawsze ustala na: za rok.

Ja od czterech lat (czyli od mojego 26-go roku życia) to sobie powtarzam. Chciałabym już urodzić dziecko i mieć to z głowy. I co ważniejsze - chciałabym móc mieć to z głowy - bez kłopotów przede wszystkim finansowych. Mam kandydata na ojca dziecka. Zdrowego, odpowiedzialnego, kocha mnie i ufamy sobie. No i sypiamy ze sobą. Oboje mamy pracę, mieszkanie na kredyt (wszyscy nasi znajomi to "kredytowcy"), wsparcie rodziny i szefów kobiety, które - jak mamy nadzieję - zgodzą sie zarówno na macierzyński i tacierzyński. Nie mam: poczucia bezpieczeństwa. Ani trochę.

Jak byłam mała śniły mi się wojska niemieckie mordujące moją rodzinę (skutek apeli szkolnych i patriotycznych opowieści rodzinnych), dziś jest już lepiej, ale ni cholera nie ufam rządowi, systemowi ubezpieczeń społecznych, lekarzom ani nauczycielom, którzy będą uczyć moje dziecko. Nie ufam też radom, ze jakoś to będzie i sobie poradzimy. Pochodzę z rodziny prawie wielodzietnej (więcej niż 2 rodzeństwa, ale mniej niż 10), bardzo katolickiej, z małej miejscowości. I dlatego zdaję sobie sprawę, że w razie kłopotów rodzina niestabilna finansowo, gdzie dużą część stanowią dzieci ciężej przechodzi wszelkie zapaści i dłużej wychodzi z dołka. Wszyscy razem? Co za bzdura: jedna siostra potrzebuje butów, druga płacze, ze wszyscy jadą na wycieczkę a ona nie może i nawet nie pyta rodziców, babcia potrzebuje leków przeciwbólowych a ksiądz, który przyjdzie po kolędzie też swoje zaśpiewa.

Jak zatem ja, która w razie wizyty u dentysty (120 zł za plombę w Poznaniu), "pożyczenia" siostrze kasy na opłacenie szkoły, zakupu płaszcza na allegro mam problemy z miesięcznymi opłatami, mam zdecydować się na dziecko. Mam pracę, zarabiam ok. 2000 i nie mówcie mi, ze to są marne pieniądze, bo jest dużo osób, które tego nie mają. Ale właśnie kilka rzeczy, jakaś choroba, wyjazd (bilet do rodziny w jedna stronę 50 zł) i zaczynamy ciąć wydatki kulturalne, czyli książki, kino.

Nie chcę oglądać piratów ani ściągać książek na e-mule. Nie chcę, jak moja mama, na skutek strasznej opieki dentystycznej stracić połowy zębów przy pierwszej ciąży. Nie chcę męczyć faceta, żeby przyniósł więcej pieniędzy do domu, bo dziecko nam choruje. On nie jest maszynką do robienia kasy. Chcę spokojnie przeżyć ciążę, czekając na dziecko i nie martwiąc się "jak to będzie". Stąd to całe moje odkładanie na "za rok". Ostatnio pomyślałam, o ileż spokojniejsze byłoby moje życie, gdybym postanowiła nie urodzić dziecka.

13:06, julkanabalkonie
Link Dodaj komentarz »